Dawno, dawno temu w alternatywnej rzeczywistości…
- Chłopaki! - Isabelle biegła w ich stronę. - Nareszcie was
znalazłam. - Uśmiechnęła się.
- Cześć... - Alec chciał jej pomachać, ale poruszywszy ręką
skrzywił się i złapał za ramię. Jego parabatai oraz siostra spojrzeli na niego
z troską.
- Co się stało? - zapytała zmartwiona Iz, zajęta
obmacywaniem rannego miejsca. - Złamane.
- To długa historia – wybełkotał Jace, nie do końca
wiedząc, co powiedzieć.
- Którą mam nadzieje, że mi opowiecie. - Popatrzyła się na
nich srogo. - Ale najpierw musimy coś z tym zrobić. - Kiwnęła głową na ranne
miejsce. - Nie ma mnie zaledwie trzy godziny – burknęła, wyciągając stele i
rysując szybkie iratze. - Gotowe – oznajmiła. - Ojciec powinien się dowiedzieć.
- Jej spojrzenie mówiło, że nie żartuje.
- Nie! Zakaże mi wychodzić z domu. - Nie chciał tego.
Spacery po Idrysie to jedyne, co mu pozostało. Tylko wtedy mógł wypływać
myślami do Nowego Jorku... Do Magnusa.
- Nie możesz być tego pewien. - Po raz kolejny popatrzyła
na niego hardo. - Może odwoła tą całą szopkę?
- Nie zrobi tego! - wykrzyczał. Dookoła nich zebrała się
już spora grupka ludzi. - Iz, zrozum... - westchnął i pobiegł przed siebie.
