sobota, 2 lipca 2016

Malec - Szklany Pantofelek: Rozdział 8

 


   Nita upadła na ziemię, mocno uderzając plecami o posadzkę. Zaraz jednak odbiła się nogami i wróciła do pozycji pionowej. Tam czekał na nią kolejny prawy sierpowy, tym razem jednak uniknęła ciosu.
   Stała w rozkroku na wpół zgiętych nogach z wyciągniętą gardą. Miała na sobie cienki czerwony T- shirt na ramiączkach i opięte czarne spodnie. Jej stopy były bose, co pozwalało jej na zwinniejsze ruchy, chociaż kopnięcia traciły na sile. Na dłoniach znajdowały się rękawiczki z utwardzanej skóry.
   Gdy udało się jej sparować uderzenie, przystąpiła do ataku. Musiała wykorzystać okazję. Jej przeciwnik wyprostował się nadto, tak że łatwiej będzie wytrącić do z równowagi. Wybrała idealnie punkt tuż pod kolanem, następnie błyskawicznie uderzyła. Tak jak zaplanowała przeciwnik skulił się z bólu upadając na kolano. Wystarczył jeden błyskawiczny cios między łopatkami, by padł na ziemię.
   Wyprostowała się tryumfując. Oddychała płytko, wyraźnie zmęczona. Jej twarz zdobiły krople potu i wyraźny rumieniec. Uśmiechnęła się spoglądając na leżącego.
- Wygrałam. Znowu - powiedziała z dumą, wyciągając rękę do pokonanego.
- Wygrałaś. Znowu. Ale czy kiedykolwiek miałem z tobą szanse? - odparł Antonio powoli podnosząc się z ziemi. Jego twarz wykrzywiał uśmiech i duma. - Moja mała hija rozkłada swojego ojca na łopatki... Przynajmniej jestem pewien, że nie pozwolisz nigdy się skrzywdzić jakiemuś idiocie - dodał śmiejąc się.
- Miałeś ze mną szanse, zanim zaczęłam trening - odparła z udawaną powagą. - A co do faceta nie musisz się bać, nigdy nie interesował mnie hiszpański casanova.
   Antonio zbliżył się do córki, objął ją ramieniem i pocałował w czoło. Nita popatrzyła na jego twarz, skupiając wzrok na tych samych rysach, które widziała u samej siebie. Oprócz ciemnej karnacji odziedziczyła po nim pełne usta i wydatne kości policzkowe.
   Jej ojciec był szalenie przystojnym mężczyzną, nawet gdy przekroczył czterdziestkę. Wszystkie koleżanki, które kiedykolwiek poznały Antonio, od razu zaczynały do niego wzdychać. Zawsze odwiedzały ją wystrojone, uczesane, z czasem i wymalowane. Co dziwne, on kompletnie nie zwracał na nie uwagi, nadal trwając przy Andorze, czego Nita nie mogła pojąć.
   Tak jak przypuszczała kobieta okazała się władcza, wredna, perfidna, zadufana w sobie i nieżyczliwa dla wszystkiego co żyje, a nie jest w stanie wykorzystać tego do własnych celów. Nigdy nie traktowała dziewczyny jak córki, nawet po upływie dziesięciu lat. Zawsze istniały tylko jej aniołki i ten półwilkołak, którym musi się zajmować.
   Podobnie traktowała ją Gracia, młodsza z sióstr. Valencia okazywała momentami pewien rodzaj stonowanej sympatii. Dziękowała za pomoc, uśmiechała się gdy Nita powiedziała coś zabawnego.
   Gdy miała wyplątać się z ramion ojca poczuła, że nie jest w stanie utrzymać równowagi. Kompletnie zaskoczona siedziała przez kilka sekund mrugając w konfuzji. Nagle zobaczyła odchodzącego Antonio, który rzucił jej przez ramię swój "Czarujący Uśmiech nr 4".
- Remis! - krzyknął wyraźnie zadowolony z siebie.
   Dziewczyna odbiła się pospiesznie z posadzki i dobiegła do idącego w kierunku salonu ojca. Szli ramię w ramię, w milczeniu, jednak uśmiechnięci i szczęśliwi.
   Promienie popołudniowego słońca, które stopniowo zbliżało swą tarczę ku horyzontowi przechodziły przez witraże w oknach barcelońskiego Instytutu. Już kilka stuleci wcześniej zachwyceni pięknym widokiem przodkowie rodu Ybarra pozostawili ten krótki odcinek korytarza nieumeblowanym, tak że nawet obecnie jedyną jego ozdobą była feeria kolorów. Róż, zieleń, żółć, błękit i wiele innych barw tworzyły iście bajkową atmosferę.
   Ciszę i harmonię tej chwili przerwał odgłos otwieranych drzwi Instytutu. Nita posłała ojcu pytające spojrzenie, ten jednak wzruszył ramionami, nie znając odpowiedzi. Gdy oboje dotarli na miejsce ujrzeli Andorę rozmawiającą z tajemniczymi zakapturzonymi postaciami
   Kobieta miała zdziwioną minę, również nie spodziewała się odwiedzin tego dnia. Ubrana była w czarną suknię za kolano, włosy związała w koka. Cztery postacie miały na sobie czerwone peleryny z kapturami, które zakrywały ich twarze. Gdy tylko zobaczyli wchodzących zwrócili się w ich stronę.
   Nita poczuła, że coś dotyka jej ramienia. Była to dłoń Antonio, który patrzył na nią stanowczym wzrokiem. Jego twarz wyrażała zdeterminowanie i gotowość do działania.
- Uciekaj - powiedział krótko, po czym spojrzał na Andorę. - Zabierz je stąd.
   Nita widziała kilka następnych sekund jakby w zwolnionym tempie. Najpierw przybysze równocześnie dobyli serafickich ostrzy, stopniowo zbliżając się w ich stronę. Potem Andora zaatakowała jednego z nich od tyłu i ogłuszywszy odebrała mu broń. Jednak w tym momencie drzwi Instytutu zostały wyrwane z zawiasów, a do środka wbiegł tłum kolejnych czerwonych postaci. Macocha odwróciła głowę, po czym z przerażonym wzrokiem ruszyła w stronę Nity. Antonio był w trakcie walki z dwoma przybyszami, tamci jednak ustępowali mu umiejętnościami. Kolejny próbował wyprowadzić cios w stronę dziewczyny, ale ta błyskawicznie go unieszkodliwiła. W powietrzu zabłyszczało ostrze, przelatując nad głowami nieznajomych i trafiając prosto w ręce Antonio, który natychmiastowo wykorzystał je w walce.
   W sekundę później Nita poczuła, że coś szarpie jej ramię i zmusza do podążenia wzdłuż opuszczonego korytarza. Z początku chciała protestować, ruszyć do walki i pomóc ojcu, jednak siła która wydarła ją z pola walki okazała się zbyt mocna. Odwróciła się i ujrzała twarz Andory, która spojrzeniem nakazała jej podążać za sobą. Biegły szybko, do utraty tchu.
   Serce Nephilim waliło jak szalone. Słyszała je równie wyraźnie jak swoje bose stopy i obcasy macochy, uderzające o kamienną posadzkę. Skręciły w stronę dawnych drzwi dla służby, za którymi znajdowały się nie używane schody. Były one odpowiednio ukryte, tak że pościg, który ruszył by je schwytać musiał zgubić trop.
- Idź po Val! - rzuciła zdyszana Andora, gdy wbiegały na górę.
   Nita posłusznie skręciła w lewo, macocha z kolei podążyła w drugą stronę. Z trzaskiem otwarła drzwi do pokoju starszej siostry. Czego się nie spodziewała, zastała ją ubraną częściowo w strój bojowy, z dwoma nożami w ręku. Jej mina przez sekundę wskazywała na gotowość do walki, jednak zaraz zmieniła się w zdziwienie.
- Nita...
- Musimy uciekać - rzuciła krótko Łowczyni. - Zaatakowano Instytut.
- A co z matką i ojcem? - zapytała niepewnie dziewczyna.
- Kazał nam uciekać. Jestem pewna, że da radę. Musimy uciekać i sprowadzić posiłki. Szybko. - powiedziała odwracając się Ybarra.
   Valencia natychmiast doskoczyła do niej i razem ruszyły na spotkanie z Gracią i Andorą. Młodsza z sióstr nie była równie gotowa co starsza, ubrana w Przyziemny sposób i pozbawiona broni. Cała czwórka pod przewodnictwem Andory ruszyła najpierw schodami w dół, potem zaś nadal przejściem dla służby w stronę Bramy. Znajdowała się ona nieopodal sali treningowej, co znaczyło, że przez krótki odcinek będą wystawione na atak obcych.
- Valencia, ostrza. Pójdę przodem, za mną Gracia, potem ty i na końcu Nita - powiedziała opierając się ściany i próbując dosłyszeć co działo się po drugiej stronie. - Weź jedno, oprócz mnie ty wiesz jak prawidłowo się nimi posługiwać - dodała, podając pasierbicy nóż.
    Możliwie jak najciszej ale też z wielką szybkością otwarła drzwi i wyszła na zewnątrz. Za nią ruszyły natychmiastowo siostry. Nita odczekała krótką chwilę i dopiero wtedy porzuciła kryjówkę. Korytarz okazał się być pusty, jednak dało się słyszeć kroki rozchodzące się po całym Instytucie. To musiało oznaczać jedną z dwóch rzeczy: jej ojciec został zabity lub pojmany. Błagała w myślach Razjela, żeby okazało się to drugą ewentualnością.
   Kroczyła pewnie, z gracją i skupieniem. Runy wyciszały wszystkie stawiane kroki. Widziała jak macocha otwiera drzwi do sąsiedniego pokoju a następnie każe tam wejść swym córkom. Z ruchu warg wyczytała, że przekazuje starszej z nich aby wyznaczyła drogę do Idrysu. Następnie szybko objęła obie i ruchem głowy wskazała na mieniący się na fioletowo portal.
   W chwili w której Nita dotarła pod dębowe drzwi Valencia przekroczyła Bramę. Krok za nią postąpiła Gracia. Andora posłała dziewczynie skinięcie głową, po czym ruszyła za córkami, wciąż pewnie trzymając ostrze. Gdy Nita została sama rozejrzała się po korytarzu, nagle jej ucho wyłapało kroki zbliżające się od prawej strony. Cień czerwonych płaszczy błysnął w kącie. Po twarzy dziewczyny spłynęła pojedyncza łza.
- Przepraszam, tato - powiedziała, po czym przekroczyła fioletową barierę, opuszczając barceloński Instytut.

 ♥♥♥

   Mrok ogarniał salę wypełnioną postaciami w czerwonych pelerynach. Magniczne kamienie świeciły słabo, wydobywając z siebie krwawą, szkarłatną poświatę. Powietrze było ciężkie, gorące i dławiące. Zewsząd dochodziły nerwowe szepty członków Kręgu. Jeden z głosów wybijał się ponad inne. Brzmiał skrzecząco i nienaturalnie, jego przesłodzony ton wzbudzał w Danielu odrazę, podobnie z resztą jak cała postać Agathy Paisalay. Komplementy wypowiedziane w jego kierunku starannie ignorował, potakując jedynie sporadycznie głową. Nie był w stanie rozpoznać słów których używała, wszystkie zlewały się w nieskładny bełkot. Wybawieniem dla niego okazało się pojawienie Beatrice, która swą osobą zapowiadała nadejście Inkwizytora. 
   Strumień szeptów momentalnie przemienił się w absolutną ciszę. Twarze wszystkich przybrały wyraz nerwowego napięcia, połączonego z niemym respektem. Tylko Agatha uśmiechała się szeroko z uwielbieniem w ciemnych oczach. 
   Valentine wkroczył pewnie, wraz z towarzyszącą mu wiecznie mroczną aurą. Nieskończony chłód i świadomość trymufu potęgowały wrażenie, które wywarł na wszystkich zgromadzonych. Przybył jako zwycięzca, zdobywca, to właśnie mówiło jego spojrzenie. Czarne przeszywające duszę tęczówki zastępowały ciemnoniebieskie spojrzenie Roberta Lightwooda. 
   Zasiadłszy na szczycie stołu gestem nakazał współtowarzyszom uczynienie tego samego. 
- Według złożonych raportów bal okazał się pełnym sukcesem - Głos zabrała Beatrice przemawiając mechanicznie - Za sprawą Andory Alvarez oraz Daniela McAvoy'a obiekt... 
   Nephilim nie słuchał dalej. Był wściekły. Na Beatrice za nazwanie Nity obiektem, na Valentine'a i Krąg którzy tak ją traktowali, ale przede wszystkim był wściekły na siebie. Za to, że siedział pośród nich spiskując przeciwko dziewczynie, którą kocha, za to, że pomagał w wypełnieniu tego potwornego planu, za to, że za jego sprawą Morgenstern miał pretekst do wykorzystania dziewczyny. Gdyby wyznał jej prawdę wtedy, nad jeziorem, zamiast żyć mrzonką o balu, piękną iluzją romantycznego wieczoru, który należał tylko do nich. 
   Teraz było za późno. Inkwizytor dostał potwierdzenie. Nita była tą której szukał. 
   "Danielu McAvoy - pomyślał z goryczą - Jesteś kłamcą, oszustem i zdrajcą". W jego umyśle z wyjątkiem własnego głosu ten wyrok wydał na niego słodki głos Nity. 
   Gdy Beatrice skończyła podawać wnioski z otrzymanych przez nią raportów w sali zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli w stronę Inkwizytora, którego twarz wykrzywiona była w sarkastycznym uśmiechu.
   Niedbałym ruchem ręki sięgnął do kieszeni marynarki, po czym jakby od niechcenia rzucił na stół kawałek papieru. Otwierając kopertę spojrzał kolejno na Agathę, Daniela, Andorę i Beatrice, zatrzymując się najdłużej na swojej kobiecie. Jego palce celowo przeciągały kolejne ruchy. Wreszcie oparł się łokciami o blat i złożywszy ręce przemówił
- Czarownik uciekł. - Wszyscy obecni głośno wciągnęli powietrze. Serce Daniela zaczęło bić jak oszalałe. Magnus Bane był ważnym elementem planu Inkwizytora. Tego samego planu za którego realizację był bezpośrednio odpowiedzialny, podobnie jak kobiety na które wcześniej patrzył Valentine. Widok przerażonej twarzy Agathy był bezcenny. Jej mina przypominała postaci z obrazów Edvarda Muncha. Andora przybrała wyraz niezłomnej skały. Beatrice, która ze względu na swoją funkcję pozostała drugą najważniejszą osobą jedynie zmarszczyła czoło. Jej wzrok zdawał się pytać w którym momencie ma zacząć śmiać się z tego dowcipu. - Dzisiejszego ranka dotarł do mnie list od rodziny Bhradurich. Według Aadesha stało się to w przeddzień balu. Uwolnił wampira i obaj opuścili Indie. Trop za nim urywa się w mieszkaniu na Brooklynie. Nie jest wiadome gdzie obecnie przebywa.
- Był w Idrysie - przerwała mu Andora. Brzmiała stanowczo i zdeterminowanie. - W ogrodzie odnalazłam ślady magicznej aktywności. Musiał pojawić się po tym jak z córkami udałam się na bal, zostawiając pasierbicę samą.
   Daniel był w konsternacji. Po co czarownik pojawił się w Alicante? Czyżby ukrywał się w najmniej spodziewanym miejscu? Ktoś musiałby mu pomóc. Modlił się żeby jego przypuszczenia co do Nity się nie sprawdziły.
- Dimitry i Johanna, waszym zadaniem będzie go odnaleźć - Valentine zwrócił się do pary siedzącej naprzeciw Andory. - Nie zależy mi na wampirze, chociaż może on wam zdradzić gdzie ukrywa się Bane. Tak długo jak Alexander pozostanie pod moją opieką możemy mieć pewność, że nie utrudni on realizacji "Dziedzictwa". Andora i Daniel, musicie przypilnować żeby nie kontaktował się z Nitą. Gotowa jest jeszcze powiedzieć chłopcu, że jego czarownik nie jest już moim więźniem. Zamierzam zaczekać kilka dni z przekazaniem im informacji o zaślubinach. Wolę zachować pozór, że to nie była zaplanowana z góry decyzja. - Skinął głową w geście posłuszeństwa. Ma zaledwie kilka dni, żeby wyjawić dziewczynie prawdę i spróbować ją ochronić. Zrobi dla niej wszystko. - Beatrice, twoje zadanie pozostaje niezmienione. Staraj się odciągnąć Isabelle od brata. Jej niewiedza jest bezcenna. 

♥♥♥

   Biblioteka Instytutu była jedną z jego zalet. Wypełniona półkami że starymi księgami, zachwycała oczy. Magnus Bane siedział w ciemnozielonym fotelu ukrytym gdzieś w kącie. Koło niego stał mały stolik, a na nim zaświecona lampa. Lubił spokój. Budynek wręcz nim emanował, jednak to pomieszczenie w stało się jego ośrodkiem. Biblioteka była  tutejszą nirwaną czarownika, miejscem wyzwolenia od bólu i cierpienia. Zapach starych stronnic wypełniał wymagający się w nim nihilizm. Tylko tutaj, tkwiąc z własnym "ja" nie czuł pustki. Nie miał pojęcia czy jeszcze kiedykolwiek będzie z Aleciem, ale wiedział jedno: postara się o to walczyć z całych swoich sił. Teraz jednak nie mógł zrobić nic. Siedział uwięziony w czterech ścianach, nie mogąc wystawić nogi poza próg. Instytut posiadał jedną fantastyczną właściwość - nikt nie mógł go tutaj znaleźć. Jeżeli postanowiłby wyjść, naraziłby się na schywatanie, a to oznaczałoby śmierć. W ten sposób tylko pogorszyłvy sytuację. Musiał cierpliwie czekać.
   Aby nie okazać się bezużytecznym, przeszukiwał stare księgi należące do Instytutu. Tylko tak mógł pomóc  Starał się znaleźć coś, co mogłoby wytłumaczyć dziwne zachowanie Roberta Lightwooda, jednak dalej tkwił na tym samym etapie wiedzy. Tym początkowym etapie, w którym posiadał żadnej pożądanej wiedzy. Maryse była na jakimś tropie, ale na razie nie chciała nic zdradzać. Mówiła, że powie tylko kiedy będzie stuprocentowo pewna. Niestety wzmagało to jego strach. Jeśli matka Aleca nie chciała o tym mówić przedwcześnie, tajemnica Roberta musi być czymś naprawdę przerażającym.
- Magnusie...
   Jakby na zawołanie kobieta zjawiła się w bibliotece. Miała na sobie piękną żakardową sukienkę, która kolorem przypominała nocne niebo, a jej włosy tradycyjnie spięte były w ciasny kok z tyłu głowy. Niebieskie oczy wpatrywały się w niego z czymś na rodzaj troski. Alexander był do niej taki podobny. Kiedy Magnus wpatrywał się w Maryse, jego serce bolało jeszcze bardziej. W takich sytuacjach nawet aura otaczająca bibliotekę w niczym mu nie pomagała.
- Wyjeżdżam do Idrysu - powiedziała spokojnie. - Postaram się czegoś dowiedzieć. Jak wiesz mam pewne przypuszczenia, ale miejmy nadzieję, że nie okażą się prawdziwe.
   Czarownik spojrzał na nią spod przypruszonych brokatem powiek. Nawet on nie dodawał mu zwyczajowego blasku.
- Jeżeli się uda sprowadzę Alexandra do Instytutu. - Na jej twarzy wykwitł pocieszający uśmiech. - On wie, dlaczego tak martwię się o Roberta i może zdobył jakieś ważne dla nas informacje. Poza tym będziecie mogli spędzić trochę czasu ze sobą - kontynuowała. - Potrzebujecie tego. Widzę jak bardzo ci go brakuje. - Dłoń Maryse znalazła się na jego ramieniu.
- Dziękęję - powiedział słabo. - Nie wiem jak zamierzasz to zrobić, ale wierzę, że ci się uda.
- Znalazłeś coś? - spytała, zmieniając temat. - W księgach...
   Magnus zmarszczył brwi, próbując się skupić. Od kilku minut dekoncentrowała go latająca po pomieszczeniu mucha. Nie lubił owadów. Co gorsza ten był wyjątkowo irytujący.
   Pokręcił głową.
- Nie - oznajmił. - Jest to ciężkie. Szczególnie, że nie chcesz powiedzieć, czego dokładnie mam szukać. - Jego głos zabrzmiał lekko oskarżycielskim tonem.
- To ty uparłeś się, żeby spędzać do cały czas - upomniała go. - Poszukaj na tamtych półkach - westchnęła i wskazała miejsce przed sobą. - Najlepiej o zamianach ciałami albo rzadkich runach - powiedziała.
   Magnus popatrzył na nią zdziwiony. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że kobieta mówi poważnie.
- Maryse... Masz na myśli, że Robert... Że Robert nie jest Robertem?
- Jak mówiłam to tylko przypuszczenia - sprecyzowała. Jej usta zaciśnięte były w wąską kreskę, a niebieskie oczy wpatrywały się w niego z bólem.
- Ale kto mógłby chcieć jego ciała? Po co? - Zdawał sobie sprawę, że drugie z zadanych pytań jest bezsensowne. Robert Lightwood był Inkwizytorem. Wielu zrobiłoby wszystko, aby móc mieć takie wpływy w Clave jak on.
- Obecnie i tak wiesz za wiele. Nie mogę Ci powiedzieć, dopóki nie będę pewna. Wybacz, ale to zbyt poważna sprawa - powiedziała.
- Jeżeli jest tak poważna, powinienem wiedzieć o co chodzi. Jestem czarownikiem. Znam się na magii - przypomniał jej. - Może mógłbym coś wymyślić...
- Nie - przerwała mu kobieta. - Jeszcze nie czas. Nie możemy działać pochopnie - powiedziała. - Muszę już iść. - Uśmiechnęła się do niego.
- Żegnaj Maryse - westchnął, patrząc na odchodzącą kobietę, aż ta zniknęła za grubymi drzwiami biblioteki.

♥♥♥

   Dopiero odgłos upadającego serafickiego ostrza był w stanie otrzeźwić Nitę. Dziewczyna klęczała nieruchomo, z trudem wdychając powietrze. Wokół niej panowała cisza. Jedynie wiatr smętnie targał konary drzewa wprawiając w ruch liście, które wygrywały mroczny requiem.
   Jej oczy przesłonięte były gorącymi łzami, które co chwile wylewały się na policzki. Pozostawała nieruchoma i nieświadoma jak w transie. Gdy jednak jej ukochany nóż Ranar rozdarł otoczkę ciszy panującą wokół zaczęła wracać do zmysłów. Przez jej głowę przetoczyły się wydarzenia dzisiejszego dnia.
   Gdy tylko ogłoszono, że Instytut w Dreźnie został zaatakowany przez armię Jonathana Morgensterna od razu zgłosiła się do pomocy. Nie zważając na protesty macochy, zabrała rynsztunek z willi Ybarrów, która od kilku tygodni stanowiła jej dom i wyruszyła wraz z resztą Nephilim. Brama przeniosła kilkudziesięciu Nocnych Łowców na obrzeża miasta, skąd błyskawicznie trafili do Instytutu.
   Z początku brała czynny udział w walce, z uporem pokonując kolejnych przeciwników. Wiedziała, że Nocni Łowcy nie postępują w ten sposób, że to co robi może doprowadzić do jej zguby, że wkrótce przekroczy granicę i stanie się nie lepsza od Wyklętych, ale nie mogła się powstrzymać. Walczyła okrutnie. Żądna krwi nie bała się zabijać. Każdy pokonany był jej osobistym zwycięstwem, jej prywatną zemstą. Każdy przeciwnik miał twarz jej oprawców, tych samych którzy odebrali jej ojca, wygnali ją z domu i w ciągu jednego popołudnia zniszczyli całe jej dotychczasowe życie.
Świat wokół niej nie istniał. Nie istnieli przybyli wraz z nią Nocni Łowcy. Nie istniał Instytut i Clave. Nie istniało Alicante, macocha i przyrodnie siostry. Nie istniała przyszłość. Nie istniały rany, które odniosła. Nie istniał ból z krwawiących nacięć. Nie obchodziło jej czy tego dnia zginie. Liczyła się tylko zemsta.
   Gdy wyrwała Ranara z piersi kolejnego Mrocznego i odwróciła się by odnaleźć następnego, który będzie na tyle odważny lub na tyle głupi by się z nią zmierzyć ujrzała grupę ubranych w szkarłat postaci, wychodzących zza rogu. Jeden z nich natarł na dziewczynę, ta jednak pokonała go kilkoma skutecznymi pchnięciami i unikami. Kosmyk włosów zlepionych od potu i krwi opadł na jej czoło gdy ruszyła w kierunku kolejnej zakapturzonej postaci.
Ta jednak wyjątkowo nie próbowała jej pokonać w otwartej walce. Wykonując zręczne uniki i parując kolejne ciosy dotarła do schodów po których ruszyła biegiem. Nita nie oglądając się ruszyła w pościg. Czerwona peleryna, która skrywała postać falowała zdecydowanie zbyt daleko by mogła przeprowadzić atak. Na jej nieszczęście jej przeciwnik okazał się wyjątkowo szybki.
Nephilim udało się zmusić go do walki dopiero w połowie opustoszałego korytarza. Jej przeciwnik głównie parował ciosy zadawane przez Nitę. Gdy jednak przechodził do ofensywy trafiał wyjątkowo skutecznie, tak że ramię dziewczyny przecięła długa szrama z której intensywnie płynęła krew. Przez krótką chwilę nieuwagi spowodowaną bólem, który nagle dotarł do jej świadomości straciła równowagę i upadła, a zakapturzona postać wbiegła do najbliższego pokoju.
   Nita natychmiast opamiętała się i dopadłszy drzwi wpadła do pomieszczenia. Oprócz jej przeciwnika w pokoju znajdowała się błyszcząca w odcieniu intensywnego fioletu Brama. Postać zaczęła stąpać powoli w kierunku dziewczyny, po to by z zaskoczenia dopaść ją z serafickim ostrzem w dłoni.
   Wykonawszy szybki unik przystąpiła do ataku. Walka była wyrównana. Padały kolejne ciosy, które jednak były błyskawicznie parowane. Nita wykorzystała okazję gdy przeciwnik zbyt nachylił się w jej stronę i wykonała cięcie, które rozpruło połacie szkarłatnego kaptura.
   Widok, który ukazał się jej oczom sprawił że oniemiała. Stała nieruchomo wpatrując się przez siebie. W reszcie po kilku nieznośnie długich sekundach jej przeciwnik przemówił
- Witaj, hija.
   Zaraz potem Antonio Ybarra wskoczył w fioletowy odmęt Bramy. Nephilim natychmiast ruszyła za nim.
   Portal przeniósł ich na obrzeża Alicante. Pamiętała jak spacerowali tędy wraz z matką, w czasach gdy jeszcze była dzieckiem. Zawsze lubiła wpatrywać się w wyrzeźbionego u podstawy fontanny anioła, był taki piękny i majestatyczny. Od tej chwili to miejsce będzie prześladować ją w sennych koszmarach.
   Jej rany krwawiły obficie, jednak bolała ją jedynie szrama na ramieniu. Ta sama, którą zadał jej własny ojciec. Ubrania były poszarpane, włosy rozwichrzone w nieładnie posklejał pot i krew... Jej własna czy przeciwników? Nie była pewna.
- Tato... - szepnęła w kierunku stojącego pod dębem Antonio. - Dlaczego? O co chodzi? Myślałam, że zginąłeś. Przecież walczyłeś, tamtego dnia gdy napadli nas w Barcelonie, przeciw tak wielu. Dlaczego walczysz dla nich? Przecież oni chcieli nas zabić, zabrali nasz dom. Ja... myślałam, że nie żyjesz!
- Nita, moja najsłodsza córeczka Nita. - Głos Nephilim brzmiał drapieżnie, z nutą sarkazmu. Jego twarz wykrzywiał nienaturalny uśmiech szaleńca. - Byłem głupi. On jest tak potężny. Ta moc! Nigdy nie czułem się tak silny. Jonathan otwarł mi oczy.
- O czym ty bredzisz? Tato... - powiedziała dziewczyna wpatrując się w ojca ze strachem.
- Nic nie rozumiesz, głupia. Dołącz do niego. Dołącz do mnie. Clave to grupa zidiocałych starców, którzy pozwalają panoszyć się Podziemnym...
- ODWOŁAJ TO! Oni ci wyprali mózg! Jak możesz tak mówić! - krzyczała przez łzy. - Jak możesz...
- Milcz dziecko. Jeśli nie zgodzisz się podążyć za Jonathanem będę musiał cię zabić - rzucił zbliżając się do córki. - Pokaż, że jesteś prawdziwą Nocną Łowczynią.
- Jestem prawdziwą Nocną Łowczynią! - wykrzyczała cofając się zszokowana. - Jestem też półwilkołakiem. Jestem Podziemną. Jestem twoją córką. Jestem córką Sonji Ybarry. Nigdy nie dołączę do ciebie!
   Na te słowa Antonio rzucił się na córkę. Ich walka wręcz trwała długo. Wymieniali zaciekle kolejne ciosy. Z każdą chwilą Nita coraz bardziej chciała się poddać, ale nie mogła. Unikając uderzeń ojca powtarzała, że nigdy mu nie wybaczy tej zdrady. Zdradził obie, ją i jej matkę.
   Nawet nie zauważyła gdy z jej oczu zaczęły płynąć łzy. Starała się ze wszystkich sił przejąć kontrolę nad rozszalanymi emocjami, ale nie mogła wygrać. Stopniowo przegrywała pojedynek. Nie mogąc zobaczyć przeciwnika ani jego ciosów stała się łatwym celem. Poczuła, że traci grunt pod nogami.
   W następnej sekundzie leżała przygnieciona do ziemi, a Ranar odbierał jej dech napierając na szyję. Rozpaczliwie próbowała się wyrwać, ale podduszona nie miała na tyle siły. Jednak po chwili ucisk znikł. Podniosła się do pozycji siedzącej i zaczęła kaszleć z powodu zachłannych oddechów. Spojrzała w stronę Antonio, który stał opierając się o drzewo. Z jego oczu wyraźnie ciekły łzy. Oddychał spazmatycznie, jego ciałem wstrząsały dreszcze. Był potwornie blady.
- Przepraszam - przemówił charczącym głosem. Brzmiał jakby każde słowo przepalało mu gardło. - Nita. Przepraszam. Zabij mnie. Zabij mnie, bo inaczej będę musiał zabić ciebie.
- NIE! Nie zrobię tego. Opamiętałeś się, już wszystko będzie dobrze. Pomożemy ci a potem wrócimy do domu. Wszystko będzie dobrze. - Nita szlochała bez opamiętania.
- Dobrze wiesz, że tak nie będzie. Zaraz znów zapomnę kim jestem i będę próbował cię zabić. A nawet jeśli nie to Clave osądzi mnie za to co zrobiłem. Błagam. Musisz to zrobić - mówił wpatrując się w córkę, która wstała i podeszła do niego.
- Nie mogę. Jak mogłabym? Błagam! - wychrypiała przytulając się do Antonio.
Ten objął ją mocniej i pogładził po włosach.
- Proszę. Jeśli teraz tego nie zrobisz nigdy nie ujrzę Sonji. Tak strasznie cię przepraszam - wyszeptał wręczając jej Ranara. - Kocham cię.
- Nie! Nie! Nie! - Nita odsunęła się od Antonio patrząc na niego z przerażeniem.
   Ojciec wziął jej dłoń trzymającą ostrze i milcząc przyłożył sobie do serca, tak że na jego ubraniu i skórze powstało nacięcie. Dziewczyna podniosła zapłakane oczy w kierunku jego twarzy. Uśmiechnął się pogodnie i bezgłośnie wyszeptał "Kocham cię".
   W tym momencie ostrze przeszyło jego pierś na wylot.
   Nita natychmiast wyszarpała Ranara z rany. Upadła na kolana...

♥♥♥

   Siedział w salonie, oczekując na matkę. Nie wiedział, dlaczego ta zdecydowała się na nagłą wizytę, ale miał nadzieję, że nie chodziło o nic złego. Intuicja mówiła mu żeby się nie martwić. Magnus pozostawał bezpieczny w Instytucie, a jego przyjaciołom raczej także nic nie groziło. Paranoja dotycząca wiedzy ojca w stosunku do ostatniej nocy mijała. Najwidoczniej Robert o niczym się nie dowiedział. Alec czuł się jakby nadgryzał z różnych stron zakazanego owocu i nie został na tym nakryty.
- Aleksandrze - usłyszał z końca pokoju głos matki, który wyrwał go z rozmyślań. Wyglądała inaczej niż zawsze - pod oczami miała dwa sine ślady, a jej twarz była bardziej zmęczona. Mimo wszystko nadal zachwycała wyrafinowanym pięknem.
- Mamo. - Przytulił się do niej.- Ile nocy nie przespałaś? - zapytał. Czuł się paradoksalnie chcąc zganić Maryse, jednak widok jakim go uraczyła nie pozostawiał mu innego wyboru. 
- Jestem Nocnym Łowcą - powiedziała spokojnie. - Nocny Łowca ma za zadanie ochraniać ludzi i rodzinę.
   Alec na te słowa przewrócił oczyma.
- Nocny Łowca musi też spać.
- Dramatyzujesz - odrzekła wtedy. - Gdzie Robert?
   Wzruszył ramionami. Ojca nie było cały dzień.
- Nie widziałem go od rana - odpowiedział zgodnie z prawdą. - Po co chcesz się z nim widzieć? Masz jakieś nowe informacje? - Jego głos wyraźnie przesiąkał nadzieją. Im szybciej skończy się ten koszmar, tym lepiej.
   Maryse pokręciła głową.
- A ty? Zobaczyłeś coś odbiegającego od normy? - spytała.
- Ostatnio wszystko odbiega od normy - stwierdził. 
   To niestety był fakt. Czuł się jak aktor grający w latynoskiej telenoweli. Niestety tamte miały przynajmniej szczęśliwe zakończenia. On nie wiedział czy i jego historia  potoczy się równie dobrze. Na razie jednak nic na to nie wskazywało.
- Co u Magnusa? - zapytał z nieobecnym wzrokiem.
- Żyje. - Kobieta przytuliła syna po raz kolejny. - Choć nie wiem, czy życiem mogłabym to nazwać. Bardziej pasowałoby: egzystencja skazana na przetrwanie.
- Tęsknię za nim, mamo - wyszeptał.
- Wiem Alec, wiem - powiedziała z matczynym uczuciem Maryse, tuląc go jeszcze mocniej. - Wytrzymaj jeszcze kilka godzin. - Uśmiechnęła się.

♥♥♥

   Nita Ybarra szła przez ulice Alicante z mocno bijącym w piersi sercu. Była osiemnasta, jednak jakby starając się nie zwracać uwagi na wczesną porę, ciemność powoli przykrywała zachodnią Europę. Nawet gwiazdy nie mogły dzisiaj oświetlać pogrążonego w pogorzelisku jesiennej depresji świata. Niebo bowiem przecinała gęsta, wręcz czarna warstwa chmur.
   Szła zmarznięta. Jej dłonie ukryte były w kieszeniach za cienkiego jak na listopad, czarnego płaszcza, a szyję dziewczyny opatulał kraciany szal. Na twarzy Nephilim wykwitły dwa czerwone rumieńce. Nie wiedziała, czy ich przyczyną była dosyć niska temperatura czy może jednak myśl o Danielu, który czekał na nią w parku. Wczoraj po balu zaprosił ją na randkę, a ona zgodziła się bez wahania. Żywiła do tego chłopaka zbyt mocne uczucia. Przy nikim nie czuła się tak jak przy nim. Była zakochana. Tak bardzo zakochana jak tylko może być osiemnastoletnia dziewczyna. Bezpowrotnie, namiętnie, nieograniczenie...
   Ujrzała go wśród drzew. Samego,  wpatrującego się w czarne buty. Ubrany był tak jak ona, w ciemny, rozpięty  płaszcz. Wyglądał jakby okalające ich zimno nie stanowiło żadnej różnicy. Może tak skrajne postrzeganie przez nią  temperatury było jedynie wynikiem jej gorącej, południowej krwi?
   Gdy tylko ujrzał twarz dziewczyny, uśmiechnął się.
- Wyglądasz pięknie. - Czarnobrunatne włosy Daniela powiewały na wietrze, a zielone oczy wpatrywały się w nią z uczuciem. - Zmarzłaś - bardziej stwierdził niż zapytał, dotykając zaróżowionego policzka Nity. - Lepiej chodźmy. Nie chce żebyś się przeziębiła.
- Właściwie, gdzie idziemy?
- Zobaczysz - powiedział z rozbawionym spojrzeniem. - Spotkaliśmy się tutaj po raz pierwszy. - Rozglądając się po pogrążonym w ciemności parku, zmienił  temat. - Chyba byłem wtedy dosyć... Przerażający.
- Proszę cię... W pierwszej chwili myślałam, że jesteś gwałcicielem. - Zaśmiała się. - Serio - dodała jakby, chcąc uwiarygodnić wcześniejsze słowa.
Nagle chłopak zatrzymał się i popatrzył na nią ze zmarszczym czołem.
- Przepraszam - powiedział nagle, całując ją w czoło. - Nie tak powinno wyglądać nasze pierwsze spotkanie, ale wynagrodzę ci to dzisiejszym dniem. - Przytulił ją mocno.
   Przez resztę drogi szli w milczeniu. Ona trzęsac się, a on z przewieszoną przez jej ramię ręką. Cisza była wybawieniem. W taką pogodę ludzie nie bywają zbyt rozmowni, a zmuszanie się do konwersacji tylko pogarsza sprawę.
   Ścieżka prowadząca przez park skończyła się, a zastąpiła ją stara kamienna droga. Szli, przedzierając się przez labirynt budynków. Uliczne lampy oświetlały ich kamienną strukturę, a cienie idącej pary poruszały się po ziemi.
- Jesteśmy - oznajmił po dziesięciu minutach milczenia Daniel.
   Przed brązowymi oczyma dziewczyny wyrósł stary dworek, prawie tak piękny jak willa Inkwizytora. Otoczony był kamiennym murem, jednak nawet z tej perspektywy widziała jego część. Był ogromny. Dużo większy niż dom, należący do jej rodziny.
- Mieszkasz tu? - zapytała zdziwiona.
   Daniel pokręcił głową.
- Dwór należy do mojego szefa.
- Więc co tu robimy?
- Obecnie stoi pusty. Arthur wyjechał do Chicago i wróci dopiero za tydzień. - Uśmiechnął się jak dziecko, które zrobiło coś mimo zakazu rodziców.
- Czyli chcesz się tutaj włamać? - spytała, będąc w coraz większym szoku.
- Wolę określenie: wynająć powierzchnię na własny użytek.
- To nielegalne! - wykrzyczała przerażona.
   Wzruszył ramionami.
- Ale jakie zabawne - stwierdził. - Chodź. - Złapał ją za rękę i pociągnął w stronę domu.
   Gdy tylko znaleźli się przy frontowych drzwiach, wyciągnął coś z kieszeni.
- Skąd masz klucze? - zapytała ciekawa.
   Nie była przyzwyczajona do takiego ryzyka. Bała się. Czuła jednak, że przy Danielu może się czuć bezpieczna. Ufała mu. Tylko dlatego się na to godziła.
- Magiczna szuflada w biurku Arthura - wytłumaczył. - Zwędziłem.
   Weszli do środka. Daniel zaświecił światła i pomógł jej zdjąć płaszcz. Ona natomiast rozglądała się dookoła. Może z zewnątrz ten dom, nie zachwycał tak jak willa Inkwizytora, ale w środku był znacznie piękniejszy. W domu Roberta Lightwooda brakowało poczucia ciepła i przytulnego wystroju wnętrz. Tam wszystko było bez wyrazu, jakby na pokaz.
   Weszli po hebanowych, krętych schodach, udając się w stronę jednego z pomieszczeń. Daniel otworzył drzwi.
- Panie przodem - powiedział do niej, mrugając.
   Weszła do środka. To, co zobaczyła zaparło dech w jej piersiach. Był to niewielki gabinet. W rogu pokoju ustawione było mahoniowe biurko, a koło niego kilka półek z książkami, lecz to nie to wzbudziło podziw dziewczyny. Druga część pomieszczenia stanowiła półkole, którego ściany w całości wykończone były szybami, a w jego centrum stał niewielki stoliczek i dwa krzesła.
- Daniel... - wyszeptała. Tylko tyle zdołała z siebie wydusić.
- Może być? - zapytał z nadzieją, teraz jednak tracąc tę całodniową pewność siebie. Wydawał się zagubiony i zmieszany.
   Odpowiedziała mu krótkim pocałunkiem,  delikatnym jak płatki róż. Chłopak musnął jej policzek zgrabnymi niczym u wiolonczelisty palcami.
- Nawet nie wiesz jak ważną osobą się dla mnie stałaś, Nito Ybarro - wyszeptał, a jego zielone oczy bezustannie wpatrywały się w brązowe.
- Danielu... - powiedziała cicho. - Kocham cię.
   Chłopak delikatnie odgarnął kosmyk ciemnych włosów z czoła dziewczyny, po czym dotknął swoim nosem jej nosa. Chwilę później złączyli się w kolejnym tego wieczoru pocałunku.

♥♥♥

   Alexander Lightwood zasiadał na jasnej sofie, oczekując na ojca. Po raz pierwszy tak bardzo zależało mu na prędkim powrocie Roberta. Serce chłopaka biło jak oszalałe, a z płuc wyrywał się płytki, nerwowy oddech. Nie wiedział, ile tam czekał. Godzina, dwie czy trzy nie stanowiły różnicy. Robił to dla siebie i Magnusa. 
   Spojrzał na pogrążoną w melancholii matkę, a kiedy ta tylko złapała znerwicowany wzrok syna, uśmiechnęła się pocieszająco.
- Będzie dobrze - wyszeptała, dodając mu otuchy. 
   Chciał tak myśleć... Naprawdę bardzo pragnął mieć tak pozytywne myśli... Ale nie potrafił. Był pełnoletni, ale Robert zdawał się tego nie widzieć. Traktował go jak gówniarza i małolata. Jeżeli sam się nie postawi, ojciec nie pozwoli mu zamieszkać z matką. 
   Dźwięk otwierających się drzwi usłyszeli późnym wieczorem. W progu salonu dumnie stanął Robert. Na widok twarzy byłej żony początkowe rozbawienie mężczyzny, zmieniło się w zirytowany grymas. 
- Co robisz w moim domu?  - wyburczał jakby obrażony. 
- To kiedyś był również mój dom - odparła spokojnie Maryse. Jej wyraz twarzy pozostał niezmieniony.
   Mężczyzna zmierzył ją złowieszczym wzrokiem.
- Musimy porozmawiać - powiedziała, a jej niebieskie spojrzenie porozumiewawczo spotkało się z oczami syna.
  Robert ani drgnął. Na twarzy mężczyzny pojawił się drwiący uśmiech. 
- A jaką to sprawę chciałabyś ze mną przedyskutować, droga żono.  
   Alec zmarszczył czoło. Ojciec się nimi bawił. Ewidentnie nie brał sytuacji na poważnie. Dla niego była to jedynie gra w kotka i myszkę, nic więcej. 
- Chce zamieszkać z matką - poinformował ojca chłopak, wiedząc jaka będzie odpowiedź.
   Grymas na twarzy Roberta teraz stał się wręcz szyderczy. 
- Nie ma mowy - odparł. - Nie zgadzam się.
- Jestem pełnoletni - przypomniał mu Alexander. - Zamieszkam u matki czy ci się to podoba czy nie. 
   Robert zaśmiał się. 
- Ciekawe, co na to powie twój czarownik. Pamiętaj, że jest na mojej łasce. Ode mnie zależy, co się z nim stanie.
   Musiał to rozegrać w taki sposób, aby ojciec nie rozeznał się, iż chłopak wie, gdzie znajduje się Magnus. Mężczyzna nie może dowiedzieć się, że mają ze sobą jakikolwiek kontakt.
- Zgodziłem się wyjść za kobietę, którą mi wybierzesz, czego jeszcze chcesz? - zapytał oschle młody Nephilim. - Pozwól mi zamieszkać u matki i zostaw go w spokoju. To nie jest już sprawa Magnusa. 
   Ojciec wpatrzył się w niego z konsternacją wpisaną na czole. Ciemne kosmyków włosów spływały mu po skroniach. 
- Robercie... - powiedziała zniecierpliwiona Maryse. - Chcę tylko pobyć z synem. Kiedy dojdzie do małżeństwa, będzie miał ważniejsze rzeczy do roboty niż spotkania z matką. 
   Mężczyzna zdawał się być na przegranej pozycji. Nie miał argumentów. Alec uśmiechnął się mimowolnie. Musiało się udać.
- Wracasz za tydzień - burknął, po czym udał się w stronę gabinetu, zostawiając ich samych. Twarz Aleca rozjaśniał niedowierzający uśmiech.

Coco Deer:
 

I oto jest - Rozdział 8! Wszystkim życzę miłego czytania i przestrzegam, że następne posty przyniosą wiele Maleca!

P.S. Rozdział jeszcze nie zbetowany, bo pewien leń (powiem wam tylko, że jej pseudonim zaczyna się na L) nie chciał napisać swojej części wcześniej :) Za utrudnienia w czytaniu przez błędy przepraszamy.

Lelo:
 

Lelo nie jest leniem bo skończyła dla was pisać to o 2 nad ranem, a o 9 szła do pracy, więc odbijała sobie noc popołudniem ;) Bez pisania Maleca jak bez ręki, to był dziwny okres, nie powiem. Cieszę się, że wracamy i zapraszam do czytania ;) Do zobaczenia w następną sobotę!
 
 

2 komentarze:

  1. Narszecie się ' spotkają! ^^ nie mg się doczekać nexta ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nominuję cię do LBA. Więcej informacji: http://opowiesc-eleny.blogspot.com/2016/07/spozniony-lba-razy-2.html

    OdpowiedzUsuń


Skomentuj - to nic nie kosztuje, a może nas bardzo zmotywować do działania.

Lydia Land of Grafic, arts by taratjah