niedziela, 17 lipca 2016

Malec - Szklany Pantofelek: Rozdział 10

 
   Isabelle szła pewnym krokiem ulicami Nowego Jorku. Jej długie, czarne włosy powiewały na wietrze, przy akompaniamencie stylowego brązowego płaszcza. Buty na obcasie stukały delikatnie. Na tyle głośno, by zwrócić uwagę ale też na tyle cicho by nie zirytować pozostałych przechodniów.
   Poprzedniego dnia zaoferowała, że w ramach mentalno-fizycznego wspierania Aleca zrobi obiad dla wszystkich tymczasowo zamieszkujących Instytut. Mówiąc oględnie gotowanie nie było jej mocna strona. Gdyby nie refleks musiałaby spędzić dlugi czas z iratze by pozbyć się rozległych poparzeń z powodu wybuchajacego sosu spaghetti. Dlatego postanowiła wybrać się na spacer celem zakupienia czegoś jadalnego, oraz potencjalnie czegoś co pozwoli pozbyć się czerwonych plam z sufitu.
   Gdy dowiedziała się o Alecu i Magnusie, przybyła z Alicante do Nowego Jorku. Miło było zobaczyć brata znów szczęśliwym i pełnym życia zamiast zestresowanej oraz pogrążonej w marazmie wersji samego siebie, którą był przez kilka ostatnich tygodni.
    Zapatrzona w witrynę sklepowa po przeciwnej stornie ulicy nie zauważyła osoby obserwującej ją z zaułka. Gdy przystanęła ręce pociągnęły ja w stronę alejki.
- Cii - usłyszała znajomy głos. - Bezpieczniej będzie, jeśli schowamy się nieco bardziej.
- Lara? O co chodzi? - zapytała skolowana, po czym podążyła za Nephilim w głąb uliczki.
- Jestem tutaj ściśle anonimowo. To bardzo pilne. Potrzebuje twojej
 pomocy Isabelle Lightwood - wyszeptała z przejęciem kobieta.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy - powiedziała pewnie Izzy.
- Dziękuję. Nie jest to może pozornie wielka przysługa, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie okaże się kluczowa. Musisz dostarczyć ten list swojej matce. - Rudowłosa podała dziewczynie kopertę.
- Dlaczego mojej matce? Czego on dotyczy? - zapytała zaciekawiona Isabelle.
- Twoja matka ma rację w sprawie Inkwizytora. Nie wiem, ile wiesz, ale ona będzie wiedziała o czym mówię. Możemy pomóc sobie nawzajem. - Lara uśmiechnęła się promiennie. - Tymczasem, musze juz iść. Do zobaczenia wkrótce, Isabelle.

♥♥♥
   Listopad tego roku stanowił niemiłą odmianę dla słonecznych dni października. Od kilku dni deszcz nie przestawał zalewać ulic Alicante, wprowadzając prawdziwie depresyjną aurę. To jednak nie zniechęciło postaci skrytej pod parasolem do przechadzki.
   Daniel McAvoy od wczorajszego rozstania z Nitą bił się z myślami. Zdradzić Nitę i pozostać wierny Valentine’owi? Nigdy. Zdradzić Valentine’a i ocalić ukochaną? Jak? W pojedynkę nie jest w stanie przeciwstawić się nawet samemu Inkwizytorowi, nie wspominając już o wszystkich członkach Kręgu, którzy zrobią wszystko by go chronić. Może udałoby mu się znaleźć sprzymierzeńców? Ale kogo? Jedyną osobą, której ufał oprócz Nity była Beatrice. Dwoje młodych Nephilim przeciwko niemalże setce wiernych popleczników Morgensterna. Sytuacja była beznadziejna, ale był pewien, co musi zrobić. Dlatego odetchnąwszy głęboko zapukał do drzwi willi Ybarrów.
   Otworzyła mu Andora. Ubrana była w czarną sukienkę z krótkim rękawem, do której dopasowane były korale. Buty na wysokim obcasie sprawiły, że wyrównali się wzrostem. Jej twarz pokryta była misternie zrobionym makijażem, a włosy zostały spięte w luźnego koka. Zapewne oba zrobione przez Nitę, pomyślał uśmiechając się w duchu. Jego twarz pozostała jednak bez wyrazu.
- Pani Alvarez, nie sądziłem, że wystroi się tak pani z okazji mojej niezapowiedzianej wizyty – rzucił uśmiechając się zadziornie.
- Pff. Zostałam zaproszona przez Inkwizytora. Czego tu szukasz? – Kobieta przewróciła oczami w geście zrezygnowania.
- Przyszedłem w odwiedziny do twojej uroczej pasierbicy – oparł robiąc nacisk na słowie „urocza”. Udawanie niechęci do dziewczyny wychodziło mu aż zbyt łatwo.
- Uroczo – powiedziała uśmiechając się ironicznie Andora. – Ostatnia rozmowa kochanków. Nie złam jej serca. Sama chcę obejrzeć jej minę, gdy dowie się o zaślubinach – dodała ściszonym głosem.
- Nie odbiorę ci tej przyjemności – odparł krótko. – Zatem, mogę wejść?
- Śmiało. Dobrze, że właśnie wychodziłam. Nie będę musiała słuchać twoich upośledzonych anonsów. – Nephilim uśmiechnęła się wpuszczając chłopaka do środka.
- Powinienem, zatem spytać naszego mistrza o radę w tych kwestiach. Musi być dobry, skoro nawet ty dałaś się mu uwieść, o najsurowsza – powiedział przez ramię uśmiechając się. Andora w odpowiedzi trzasnęła z oburzeniem drzwiami. – Miłej zabawy! – krzyknął przez uchylone okno.
   Ściągnął z siebie brązowy płaszcz oraz zamszowe buty i złożył przemoczony parasol. W willi panowało przyjemne ciepło. Wokół rozchodził się zapach jedzenia, zapewne z niedawnego obiadu. Do jego uszu dochodziły dźwięki z piętra, zapewne z pokoju Nity lub którejś z sióstr.
   Daniel postanowił zaskoczyć dziewczynę i zaczął bezszelestnie wspinać się po schodach. Gdy szedł po szkarłatnym dywanie na piętrze jedne z drzwi się otwarły. Ze środka wyszła wysoka szatynka. Ubrana była w biały sweter i jasne jeansy. Jej włosy były spięte w wysokiego kucyka.
Na widok chłopaka otworzyła usta. Daniel natychmiast przyłożył palec do ust, uciszając nieme pytanie.
- Nita? – wyszeptał uśmiechając się.
   Szatynka wskazała na drzwi znajdujące się po prawej stronie, po czym uśmiechnęła się do chłopaka. Nephilim skinął głową w geście podziękowania i ruszył w kierunku wejścia do pokoju. Przytknął ucho do hebanowych drzwi i nasłuchiwał, nie chciał wywołać niezręcznej sytuacji wchodząc do pustego pomieszczenia lub wejść do niego, gdy dziewczyna będzie się przebierać. Na jego szczęście za drzwiami nie miało miejsce nic takiego. Pewny siebie nacisnął klamkę.
   Pokój dziewczyny miał delikatne, kremowe ściany. Meble były wykonane z drzewa wiśniowego. Na podłodze leżał puszysty, beżowy dywan. Elementów dekoracyjnych było niewiele. Na parapecie stała doniczka ze storczykami. Z kolei zwisająca z sufitu lampa miała fantazyjnie ozdobiony kolorowymi kamieniami abażur.
   Gdy drzwi otwarły się Nita ze zdziwieniem podniosła wzrok znad książki. Wyraz jej twarzy natychmiast przebiegł kolejno szok i wielka radość. Natychmiast zerwała się z łóżka, na którym siedziała i rzuciła się w ramiona Nephilim.
- Daniel! – krzyknęła uradowana. – Co tu robisz?
- Niespodzianka! – powiedział uśmiechając się, po czym pocałował dziewczynę krótko na powitanie.
- Jakże udana – odpowiedziała uśmiechając się.
- Chciałem cię zobaczyć – zaczął. – Ale to nie jedyny powód. Jest coś, o czym koniecznie muszę z tobą porozmawiać – powiedział niepewnie.
- Coś się stało? To zabrzmiało poważnie. Chodzi o nas? – zapytała z przejęciem spoglądając mu w oczy. – Chodź. Opowiesz mi wszystko – dodała biorąc go za rękę i siadając z powrotem na łóżku.
- Nie, to nie o nas. Chciałem ci opowiedzieć o sobie – powiedział przysiadając się obok.
- Wiesz, jeśli chcesz mi powiedzieć o żonie i trójce dzieci, które płaczą z tęsknoty za tatusiem oraz podziękować za wspólne wspomnienia to radzę pamiętać, że w tym domu znajduje się arsenał broni – rzuciła ze śmiechem.
- Henry ma już trzy latka – zaczął podchwytując dowcip dziewczyny, za co dostał kuksańca w ramię. – No dobra, nie ma żadnego Henry’ego. Ale za to jestem ja. I cała masa rzeczy, których o mnie nie wiesz.
- I ja, która umiera z ciekawości, żeby się ich dowiedzieć – odparła biorąc Nephilim za rękę.
Daniel był jej wdzięczny. Czuła, że denerwuje się rozmową i starała się go wspierać. Miał nadzieję, że po fakcie nadal tak będzie. Ale spodziewał się raczej mocniejszej reakcji. Wziął głęboki wdech i ścisnął delikatnie jej dłoń.
- Cóż… Nie mam pojęcia jak zacząć. Jesteś drugą najważniejszą kobietą w całym moim życiu. Pierwszą była moja matka. Niestety „była” a nie „jest”. Była cudowną kobietą. Piękną, mądrą, dobrą. Ale została mi odebrana. Gdy miałem dwanaście lat umarła. – Daniel mówił z przejęciem patrząc za ich splecione dłonie.
- Przykro mi. Wiem jak to jest. Moja odeszła, gdy miałam osiem. Zmarła z powodu choroby – powiedziała Nita uśmiechając się gorzko.
- Moja nie umarła. Została zamordowana. Przez stado wilkołaków z Glasgow – odparł chłodno.
Nita zamilkła w konsternacji. Czy to znaczy, że Daniel jej nie kocha? Nie chce z nią być? Bo jest mieszańcem? Półwilkołakiem?
- Od tego czasu nienawidziłem Podziemnych. Wszyscy byli dla mnie jak dzikie bestie. Mordercze potwory, które należy wytępić. W taki sposób traktowałem wszystkich, którzy stanęli na mojej drodze. Gdyby nie kara, wyruszyłbym pewnie na polowania próbując zabić wszystkie wilkołaki w Wielkiej Brytanii. Jednak nigdy nie posunąłem się do tego. Teraz wiem, że to jedna z najmądrzejszych decyzji, jakie zrobiłem. Z początku, gdy cię poznałem, byłem tak niechętny. Brzydziłem się tym, że z tobą rozmawiam, tamtej nocy przy opuszczonej fontannie. A potem cię poznałem. Zmieniłaś we mnie wszystko. Zniszczyłaś wszystko, co było złe. Całą tą chorą chęć zemsty, bezsensowną nienawiść do Podziemnych. Znam cię tak krótko, ale uczyniłaś mnie najlepszą wersją mnie samego, jaką byłem kiedykolwiek.
   Daniel mówił cicho, prawie szeptem. W pewnej chwili dotknął wolną dłonią twarz Nity, tak przejętej jego słowami. Wpatrywała się w niego błyszczącymi oczami, mocno ściskając jego dłoń.
- Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy – powiedziała uśmiechając się delikatnie. – Ale, skoro nie mogłeś znieść rozmowy ze mną, dlaczego zaprosiłeś mnie na bal tamtej nocy?
- Żałuję tak strasznie. Żałuję mojej przeszłości. Tego wszystkiego, co działo się zanim cię poznałem. Niczego bardziej nie pragnę, niż cofnąć czas i odwołać wszystko, ale czy wtedy dane byłoby nam się spotkać? – powiedział odrywając ręce od dziewczyny i chowając w nich twarz. – Nito. Od śmierci matki nienawidziłem Podziemnych, do momentu, w którym cię poznałem. A poznałem cię z najgorszego możliwego powodu. Byłaś moim celem. Moją misją.
- Jak to misją? O czym ty mówisz? Inkwizytor zlecił ci misję dotyczącą mnie? – odparła zszokowana.
- Tak. Ale nie jest to Inkwizytor. Człowiek, który podaje się za Roberta Lightwooda to tak naprawdę Valentine Morgenstern – wyszeptał łamiącym głosem.
- O czym ty mówisz? Przecież to niemożliwe. To oznacza, że ty… Że ty… Powiedz, że to żart. – spojrzała na niego z przerażeniem.
- Byłem, a raczej jestem członkiem Kręgu. Byłem nim przed śmiercią Valentine’a, ale nie poparłem Jonathana. Pod koniec wakacji dostałem wiadomość od samego „Inkwizytora”. Fakt, że zmartwychwstał był dla mnie sporym zaskoczeniem, odwykłem już od podwójnego życia. Mój ojciec o niczym nie wiedział i nadal nie wie. Spotkałem się z nim z ciekawości. Przedstawił mi swój plan. We mnie odżyła chęć zemsty. Dostałem zadanie specjalne, wyjątkowo ważne. Moim zadaniem było cię uwieść, zmusić do pojawienia się na balu Inkwizytora – mówił tonem poddańczym, jakby oczekiwał na cios. – Po pierwszej rozmowie z tobą wiedziałem, że nie chcę tego robić ze względu na misję, ale na ciebie. Zauroczyłaś mnie. Przy Inkwizytorze udawałem posłusznego i wiernego, podążającego za ideałami. Zabiłby mnie gdyby dowiedział się jak wygląda prawda. Albo gdyby wiedział o tym, co stało się na balu – uśmiechnął się żałośnie, jakby piękne wspomnienie sprawiło mu ból.
- Nic z tego nie rozumiem. Co Valentine’a Morgensterna obchodzę ja? Nie jestem nawet prawdziwą Podziemną. – Ani prawdziwą Nephilim, dodała z goryczą w myślach.
- Zostałaś wybrana na żonę dla Alexandra Lightwooda. Masz go poślubić i urodzić mu dziecko, najlepiej syna. Valentine wierzy, że wasze dziecko będzie kimś wyjątkowym, kimś, kto będzie w stanie oczyścić świat z Podziemnych. Dodatkowo sam potrzebuje ciebie do dopełnienia rytuału przejęcia ciała. Z twoją pomocą odzyska pełnie siły. Ciało Roberta go ogranicza, ale bez ciebie nie jest w stanie odzyskać swojego – odparł stanowczo.
- Jak to? Nie jestem czarownikiem. Nie znam się na magii, tym bardziej na nekromancji – powiedziała.
- Valentine wierzy w stare przepowiednie, wybrał cię na ich podstawie. Nie znam ich treści, ale Inkwizytor jest pewien, że chodzi o ciebie – odpowiedział spoglądając na dziewczynę.
- Od początku wiedziałeś? Wiedziałeś, że mam wyjść za Aleca, że jestem jakąś dziewczyną z przepowiedni, że Valentine chce mnie wykorzystać? Co więcej! Ty mu pomagałeś! Pomagałeś człowiekowi, przez którego zginęło tylu niewinnych! Pomagałeś człowiekowi, którego życiowym celem jest zabić istoty takie jak moja matka czy ja! Pomagałeś człowiekowi, który opętał mojego ojca! – Nita wstała i z każdym wykrzyczanym zdaniem oddalała się od chłopaka.
- Ja przepraszam, nawet nie wiesz jak bardzo tego żałuję, przyszedłem tu by ci o tym opowiedzieć, bo chcę ci pomóc… - zaczął ze skruchą.
- Nie chcę twojej pomocy! – przerwała mu krzycząc przez łzy, które zebrały się w jej oczach. – Nie chcę twojej pomocy. Pomagałeś człowiekowi, przez którego zginął mój ojciec. Pomagałeś człowiekowi, przez którego zabiłam własnego ojca! Nie chcę cię nigdy więcej widzieć. Idź, powiedz swojemu panu, że wykonałeś zadanie. Udało ci się. I tak nie dam rady nigdzie uciec. Nie próbuj stawiać się na ślubie, nie ważne czy Valentine powierzy ci rolę drużby! – Ton głosu dziewczyny wybrzmiewał okrutną, chłodną drwiną. Jej policzki zalewały strugi gorących łez.
- Nito… - wyszeptał.
- Wynoś się. Wynoś się. Skoro tak bardzo nienawidzisz Podziemnych mogłeś mnie od razu zabić, zamiast bawić się mną! Nienawidzę cię! – wykrzyczała wyrzucając chłopaka z pokoju.
   Daniel stał przez chwilę opierając czoło o hebanowe drzwi. Czuł jak jego serce zostaje rozerwane na tysiąc kawałków. Utracił osobę, którą kochał najbardziej na świecie. Jedyne szczęście swojego życia. Odwrócił się. Widok sióstr przyrodnich dziewczyny niespecjalnie go zdziwił. Bez słowa przeszedł obok nich, zszedł na parter i błyskawicznie zabierając swoje rzeczy wybiegł z willi na deszczowe aleje. 
♥♥♥
   Magnus mozolnie otworzył oczy. Mimo pochmurnego nieba, świat tryskał blaskiem. Jego piękno zachwycało jak nigdy dotąd. Te ulotne chwile spędzone w Instytucie zdawały się być czymś magicznym, a wczorajsza randka czyniła życie mężczyzny jeszcze jaskrawszym. Wiedział, że wizyta Aleca u matki w końcu dobiegnie końca. Wiedział też, że chłopak nie jest tu przypadkowo. Muszą działać, aby móc dzielić ze sobą przyszłość. Jednak odrobina romantyzmu podczas wojny jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
   Zwlókł się z łóżka i nałożył na siebie jaśminową koszulę oraz pasującą do niej marynarkę o kolorze khaki. Przyjrzał się w lustrze. Zawsze wyglądał modnie, lecz dla Alexandra starał się jeszcze bardziej. Nephilim musiał być zachwycony. Poprawił włosy i wyszedł z pokoju gościnnego, przydzielonego mu przez Maryse. Pomieszczenie, co prawda nie było urządzone w jego stylu, jednak jako iż pozostawał własnością Instytutu nie chciał tutaj nic zmieniać.
   Kolejne minuty spędził na wędrówce bez celu. Chodził po długich korytarzach budynku nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Według codziennej rutyny powinien siedzieć w bibliotece i poszukiwać informacji, ale teraz nie miał na to ochoty. Był zbyt szczęśliwy, zbyt podekscytowany. W zamian za to wolał błądzić rozmyślając. Nigdy nie czuł się typem marzyciela-myśliciela. Wręcz przeciwnie. Był człowiekiem praktycznym. Nie miał pojęcia skąd ta nagła melancholijna faza. Wiedział natomiast jedno: musi wziąć się w garść i zabrać do roboty. Przyszłość zależy od działań, a on nie może ich zaniechać.
   Szybkim krokiem udał się ku bibliotece. Już przy drewnianych drzwiach poczuł znany mu zapach druku i atramentu. Otworzył je, a następnie wszedł do środka.
   Nic się nie zmieniło. Zastał pomieszczenie dokładnie tak jak je zostawił - pogrążone w istnym nieładzie i chaosie. Nie mogąc patrzeć na bałagan, pstryknął palcami.
- Nie wiedziałam, że taki z ciebie pedant - rozległ się głos za jego plecami. Znał go - Maryse Lightwood. 
   Kobieta ubrana była w czarny podkoszulek i ozdobione dwoma skórzanymi pasami po bokach spodnie tego samego koloru. Włosy miała upięte w uporządkowany kok, a jej ręce przystrojone były różnymi runami, których nazw w większości nie pamiętał.
   Na widok kobiety uśmiechnął się.
- Nieśmiertelność ma to do siebie, że można zgrywać tajemniczego i nieprzewidywalnego - odparł.
   Kobieta zaśmiała się.
- Nieśmiertelność - westchnęła, a jej mina stała się poważniejsza niż wcześniej. - Naprawdę chcesz być z moim synem, wiedząc, że kiedyś go stracisz? - zapytała ze smutkiem.
   Nieświadomie trafiła w jego czuły punkt. Wiedział, że Maryse zrobiła to niechcący, w obawie o dobro dziecka, jednak temat ten był stałym źródłem udręki i bólu mężczyzny. Myśl o tym, że kiedyś straci Alexandra była straszna. Nie wyobrażał sobie życia bez niego. Co prawda starcił już wiele ze swoich miłości, jednak uczucie do czarnowłosego Nephilim było inne - gorętsze i głębsze niż jakiekolwiek wcześniej.
- Kocham go, Maryse - rzekł. - Nawet jeżeli kiedyś umrze, chciałbym spędzić z nim te wszystkie lata.
   Twarz kobiety wypełnił słaby uśmiech.
- On też cię kocha. Jako matka widzę to wyraźne, ale boję się o was obojga. Ta sytuacja może zranić ciebie oraz jego...
- Nie zrobi tego - przerwał jej Magnus. - Nie pozwolimy na to. Alexander jest wspaniałym mężczyzną, a ja będę o niego walczyć choćby miało mnie to kosztować życie. Może to egoistyczne, ale nie chce go tracić. Jest mi zbyt drogi.
   Taka była prawda. Nie wiedział, co pocznie, kiedy w końcu dojdzie do tego ostatecznego zerwania. Nie wiedział czy będzie potrafił wtedy żyć i normalnie funkcjonować. To wszystko było zbyt odległe i nierealistyczne. Ale kochał Alexandra. Przeżyje z nim te wszystkie lata.
- Mój syn nie mógł trafić lepiej - powiedziała wzruszona Maryse. - Wiedz, że zrobię wszystko, aby wam pomóc.
   Magnus pokiwał głową.
- Alec pewnie powiedział ci o moich podejrzeniach - kontynuowała. - Jestem niemalże pewna, że Roberta opętał Valentine. I obawiam się, że nie ma szans, aby odzyskać mojego byłego męża. Jeśli sytuacja jest taka sama jak z Mrocznymi, przepadł.
- Postaram się czegoś poszukać - odpowiedział jej.
   Nie chciał, aby to okazało się prawdą.
- Nie mów o tym ostatnim moim dzieciom - westchnąła. - Nic nie jest pewne, a pragnę oszczędzić im cierpienia.
   On także tego pragnął. Nie mógłby znieść widoku łez na twarzy Alexandra i jego smutku. Obawiał się jednak, że to nieuniknione, a przeczucie mówiło mu, że Roberta Lightwooda już dawno z nimi nie ma.
- Nie powiem - obiecał.
   Maryse po raz ostatni uśmiechnęła się do niego i odeszła w stronę wyjścia.
- Zaprosiłam tę twoją indyjską przyjaciółkę, o której mówiłeś - powiedziała na odchodnym. - Może nam się przydać.
   Magnus uniósł brwi. Kobieta miała rację. Eila była wiekowym i co najważniejsze bardzo wpływowym wampirem. Miał nadzieję, że uda jej się pomóc.
♥♥♥
   Pojedyncze płatki śniegu powoli spadały że zwieńczonego białymi chmurami nieba, topiąc się, zaraz po dotknkęciu wilgotnej już ziemi. Temperatura wynosiła tego dnia dwa stopnie Celsjusza, lecz pomimo to, Nowy Jork przypomniał bardziej grudzień aniżeli listopad. Alec wpatrywał się w ten obraz jak oczarowany. Uwielbiał zimę i przoczając niefortunny fakt, że zapewne jej srogi czas przyjdzie dopiero za miesiąc, cieszył się z widoku za oknem. Taka pogoda podobała mu się bardziej niż zimny, listopadowy deszcz. Wczorajsze chwile spędzone z Magnusem, były czymś, co możnaby wpisać do rankingu najlepszych randek. Tamten wieczór tętnił magią. Dosłownie.
   Siedzieli na kocu wlepiając oczy w gwieździste niebo, które jeszcze wtedy było niemalże w całości przejrzyste. Wielki Wóz, wyróżniał się spośród innych konstelacji. Głowa chłopaka wtulona była w umięśnione ramię czarownika, a dłoń Magnusa muskała jego tors, rysując przeróżne wzory.
- Magnusie - zaczął - nigdy mi nie opowiedziałeś, co takiego wydarzyło się w Peru - powiedział.
   Ciemna ręka mężczyzny zatrzymała się na chwilę, aby zaraz później powrócić do wcześniej wykonywanej czynności.
- Mówiłem Ci - westchnął. - Byłem tam z Ragnorem Fellem i...
   Alec przewrócił oczami.
- Tyle wiem, ale nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego cię stamtąd wyrzucono - przypomniał.
- Alexandrze, kiedy człowiek jest tak stary jak ja, nie widzi sensu zapamiętywać niektórych rzeczy. - Musnął ustami policzek chłopaka. - Poza tym sam dalej nie wiem, dlaczego mnie stamtąd wypędzono.
Nephilim uniósł się na łokciach i wpatrzył się w niego twardym, niebieskim spojrzeniem.
- Czegoś mi nie mówisz - uznał.
   Czarownik powtórzył czynność chłopaka. Teraz oboje znajdowali się na równej wysokości.
- Nie mówię ci tylko rzeczy mniej ważnych - powiedział.
- Ale ja chce wiedzieć. - Postawił ostatecznie na swoim Alec. Nie wiedział dlaczego. Kierował się zwykłą ciekawością, niczym więcej. Znał tę historię od A do Z, jednak Magnus zawsze pomijał ten istotny szczegół.
- Wtedy nie będziesz patrzył na mnie tak jak wcześniej, uwierz - westchnął Bane.
Alec zaśmiał się, wtulając mocno w kochanka.
- Zaryzykuje - powiedział. - Więc? 
   Zielono-żółte, kocie oczy przez chwilę błądziły wokół, odnajdując w końcu niebieskie ślepia ukochanego.
- Byłem tam kilka razy. Podczas jednej z podróży wraz z Ragnorem i Cateriną upiłem się do tego stopnia, że latałem dywanem po pustyni, a później odnajdując drogę życiową, postanowiłem tam pozostać jako kaktus - rzekł zażanowany.
Alec po raz pierwszy widział czarownika w takim stanie. Jego ciemne policzki spłonęły jaskrawoczerwonym rumieńcem, a twarz wykrzywiła się w cierpiętniczym grymasie.
   Chłopak pocałował Magnusa w czoło...
- Melancholia przepełniała jego umysł - usłyszał głos za sobą. - Stał spoglądając w gotyckie okno i rozmyślając nad marnością życia. Ból egzystencjalny przepełniał jego skołatane serce...
   Alec odwrócił się. 
- Jace?! - wykrzyknął na widok znanej mu twarzy. Zmierzwione, blond włosy opadały na czoło Herondale'a, a złote oczy wpatrywały się w przyjaciela wesoło.
- W całej swojej seksownej i niezmiernie skromnej okazałości. - Uśmiechnął się.
   Alec podszedł do parabatai i uściskał go na przywitanie, poklepując po plecach.
- Co tutaj robisz? - zapytał zdumiony.
   Ostatnio widział Jace'a upijającego się do nieprzytomności na balu organizowanym przez ojca. Wydawał mu się załamany, jednak pod czujnym okiem Roberta nie miał czasu żeby do niego podejść i porozmawiać.
- Gdzie Clary? - zadał nie czekając na odpowiedź kolejne pytanie.
   Blondyn wzruszył ramionami.
- Nie wiem - powiedział, drapiąc się po skroni. - Pokłóciliśmy się. Nie gadałem z nią od tego czasu. Po prostu... - tutaj na chwilę zamikł - potrzebuję chwili spokoju, żeby uporządkować sobie to wszystko w głowie.
   Alec popatrzył na niego ze współczuciem i poczuciem winy. Tak bardzo zajmował się swoimi problemami, że niemalże zapomniał o przyjacielu. 
- O co poszło? - spytał.
   Jace usiadł na stojącym tuż obok niego mahoniowyn krześle.
- O ten cały cyrk - powiedział. - Stwierdziła, że powinienem cię wspierać, a ja nie potrafiłem pogodzić się z myślą, że nie mogę Ci w żaden sposób pomóc albo ulżyć. Ja naprawdę nie chciałem... - Jego głos był cichy. - Nie potrafiłem stać przy tobie i mówić, że będzie dobrze... Zawsze wiedziałem jak czemuś zaradzić, a teraz jestem całkowicie bezsilny - wyszeptał. - Nasz związek już dawno wisiał na włosku i boję się, że to koniec.
Alexander uśmiechnął się pocieszająco.
- Pogadaj z nią, może wszystko się ułoży... 
- Nie, Alec - powiedział. - Tu nie chodzi tylko o to - westchnął. - Zrobiłem coś czego bardzo żałuję. Boże! Co ja gadam. Najgorsze jest, że powinienem żałować, ale mi się podobało.
   Alec poklepał parabatai po ramieniu.
- Powiesz mi, o co konkretnie chodzi? 
   Blonwłosy Nephilim pokręcił głową.
- Nie. - Podrapał się po głowie. - Może kiedyś, ale teraz na to za wcześnie. Czuję jakbym pogrążał się w nieskończonym chaosie.
- Wszystko się ułoży - powiedział spokojnie brunet.
Nie wiedział, dlaczego jego parabatai tkwił w konfuzji i depresji, ale miał nadzieję, że nie poszło o nic ważnego. Stracił Clary, ale mimo wszytko trapiło go coś jeszcze. Ważna rzecz,o której nie chciał powiedzieć. Jace czasami bywał nazbyt skryty.
- Cokolwiek zrobiłeś... - Alec postanowił rozładować napięcie - mam nadzieję, że nie urodzi się z tego mały Lightwood Wayland Herondale.
Śmiech Jace'a wypełnił pomieszczenie.
- Nie - odrzekł. - Mam nadzieję, że nie. No chyba, że o czymś nie wiem.
♥♥♥
   Od kiedy zaspane zombie, które tylko szczątkowo przypominało Magnusa Bane'a, wbiegło do kuchni podczas śniadania, ogłaszając, że odkrył tajemnice Roberta, razem z Maryse zaszyli się w jednym z pokoi.
   Wysoki Czarownik Brooklynu zaraz po powrocie z randki z Aleciem, udał się do biblioteki, gdzie spędził resztę nocy, po raz kolejny przeszukując księgi, aż do ranka bezowocnie. Gdy pojawił się na śniadaniu wyglądał fatalnie, podkrążone oczy zwężały się od nadmiaru światła, włosy były w kompletnym nieładnie, a palce, zwykle ozdobione pierścieniami, pokryły się kurzem ze starych tomiszczy. Lightwoodowie próbowali przekonać go do odpoczynku, ale ten porwał Maryse i po krótkiej rozmowie namówił do zapoznania się z księgą i ustalenia faktów. Kobieta z początku sceptycznie nastawiona do pomysłu po wymianie zaledwie kilku zdań wróciła do dzieci z błyszczącymi od ekscytacji oczami. Zwołała wszystkich i kazała czekać na nich za trzy godziny w bibliotece.
   Termin spotkania minął kilka minut temu, a rodzeństwo Lightwoodów siedziało w ciszy i zamyśleniu. Każde z nich miało przed sobą ciężkie wydarzenia ostatnich tygodni i żadne nie chciało rozdrapywać świeżych ran rodzeństwa. Z początku rzucali sobie nieme spojrzenia, jednak w końcu każde zajęło się sobą. Izzy wachlowała się od niechcenia koperta otrzymaną od Lary, Jace wystukiwał na stole rytm jakiejś melodii, a Alec wpatrując się w jeden punkt na stole, myślami przenosił się do Idrysu i nieuchronnie zbliżającego się ślubu.
   Nagle drzwi biblioteki otwarły się, a do środka weszli Maryse z Magnusem oraz lewitujacy kubek kawy, który podążał za czarownikiem. Kobieta skinęła głową w stronę Aleca i Izzy, po czym podeszła i usciskala adopotwanego syna. W międzyczasie Magnus zajął miejsce koło swojego chłopaka i uśmiechając się poprawił kosmyk włosów, opadający na jego czoło.
- Wszystko będzie dobrze - powiedział chwytając dłoń Nephilim pod stołem i mocno ściskając by dodać mu odwagi.
   Alec w odpowiedzi uśmiechnął się blado.
- Cieszę się, że jesteście tu wszyscy. Cała ta rozmowa jest zdradą stanu, ale wątpię, żeby to miało dla was jakieś znaczenie - zaczęła uśmiechając się nieznacznie. - Nie musze wam mówić, że z Robertem od jakiegoś czasu jest coś nie tak, wszyscy o tym wiemy. Razem z Magnusem mieliśmy podobne przemyślenia w związku z powyższym. I jak teraz się okazało, były one słuszne. Pozwolisz? - zwróciła się w stronę Bane'a.
   Z palców czarownika wyleciały błękitne iskry. Jedna z książek spoczywajacych na półce, wzniosła się w powietrze i opadła na stole przed grupa Nocnych Łowców. Był to wielki, gruby tom, obity w skórę. Kartki zaczęły same się przewracać, aż zatrzymały się na wyjątkowo groteskowej ilustracji, która towarzyszyła stronie tytułowej rozdziału "Opętania".
   Obraz przedstawiał człowieka zawieszonego na sznurkach jak marionetka. Upiorne ręce, zapewne należące do jakiegoś demona, sterowały ruchami bezwładnej postaci. Całość zdobił napis w jednym z piekielnych języków, jednak nikt z obecnych nie kwapił się do przetłumaczenia go.
   Zamiast tego Maryse przerzuciła własnoręcznie kilkadziesiąt kartek. Tym razem strona okraszona była napisami w języku angielskim.
- "Przejęcie ciała" - przeczytała na głos Isabelle. - Mówisz, że ktoś na prawdę opętał ojca?
- Przejąć ciało innej osoby może tylko dusza uwolniona ze swojego poprzedniego ciała. Więc albo taka, która zmarła lub też ktoś kogo dusza została z niego wybawiona - zaczęła Maryse. - Do dopełnienia rytuału trzeba najpierw przywołać duszę, która ma opętać nieszczęśnika, można to zrobić wyłącznie przy pomocy naprawdę potężnych demonów, następnie związać duszę z ciałem ofiary najlepiej przez poświęcenie rzeczy należących do obu osób. Dusza która jest wprowadzona do ciała jest jak pasożyt. Stopniowo rozwija się w organizmie nie ujawniając się, zbierając siły, wysysając życie z ofiary. Wreszcie, gdy jest na tyle silny przejmuje kontrolę nad ofiarą. Dusza nieszczęśnika zostaje zniszczona, a obcy całkowicie przejmuje jego ciało. Kiedy duch, który opętał ciało całkowicie się z nim zjednoczy może przyjmować dwie postaci, swoją własną oraz swojej ofiary. 
- Dobra. Rozumiem. Demony, nekromancja, czarna magia. To nadal nic nie wyjaśnia - wtrącił Jace beznamiętnym tonem.
- Duch który opętał ciało Roberta nie osiągnął pełni siły, tak że nie trudno było go poznać. Chcecie kolejny wykład o tym jak rozpoznać ducha czy wolicie fakty? - Maryse rzuciła Jace'owi piorunujące spojrzenie. - Jego zachowanie, sposób mówienia, gesty. Nic z tego nie przypomina mi Roberta. Ale wiedziałam, że znam skądś to wszystko. To nie mogła być obca osoba.
- Kim on jest? - zapytała poddenerwowana Izzy.
- Inkwizytor został opętany przez Valentine'a Morgensterna - rzucił krótko Magnus.
- Co? Jak to? - spytał skołowany Alec. - Po co "nasz arcywrog" miałby zmuszać mnie do małżeństwa? Jego plany zazwyczaj zakładały coś bardziej w stylu "zagłady wszystkich podziemnych" czy "władzy nad światem".
- Tego nie wiemy. Ale mamy oboje z Magnusem pewność, że to sprawka Valentine'a - odparła Maryse.
- Właściwie to znam jedna osobę, która jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie - wtrąciła Isabelle pewnie, po czym podała matce kopertę.
   Kobieta szybko rozerwała papier i przewertowała wzrokiem treść wiadomości.
- Wyglada na to, że czeka nas kolejna wojna - powiedziała, przesuwając wzrokiem po wszystkich obecnych.
♥♥♥
   Wszyscy rozeszli się po spotkaniu w bibliotece. Isabelle wraz z Maryse skontaktowały się z Larą, która koniecznie chciała spotkać się z szefowa Instytutu Nowojorskiego. Jace powrócił do Alicante. Alec oddelegował Magnusa do sypialni, aby ten chociaż częściowo nadrobił pracowita noc. Sam w międzyczasie postanowił rozładować emocje na sali treningowej.
   Przez trzy godziny strzelał i rzucał czym popadnie. Nie mógł oswoić się z myślą, że jego ojciec odszedł, a jego miejsce zajął Valentine Morgenstern. Zadręczało go pytanie- dlaczego? Dlaczego spośród wszystkich Nocnych Łowców wybrał akurat jego ojca? Dlaczego wybrał też jego? Dlaczego tak bardzo pragnął jego ozenku? Tylko naprawdę chory umysł mógł wymyślić plan tak skomplikowany by jego elementem było małżeństwo.
   Nie mogąc znaleźć odpowiedzi na te pytania ani w wysiłku fizycznym ani we własnej głowie postanowił znaleźć sposób jak oderwać myśli od całej sprawy.
   Gdy wyszedł z zapowanej po gorącym prysznicu łazienki skierował kroki w stronę biblioteki. Żaden konkretny tytuł nie przychodził mu na myśl, toteż wziął pierwsza z brzegu i usiadłszy na staroswieckim acz bardzo eleganckim fotelu zatopił się w lekturze.
   Historia była w miarę interesująca, wiec dosyć szybko udało mu się zapomnieć o doczesnych troskach. Lektura wciągnęła go do tego stopnia, że nie słyszał nawet otwieranych drzwi biblioteki. Obecność drugiej osoby zauważył dopiero gdy para rąk zasłoniła mu oczy
- Zgadnij kto. - Gorący oddech połaskotał go w policzek. Uśmiechnął się na dźwięk znajomego głosu.
- Śpiąca Królewna - odparł zadziornie. Zdejmując dłonie z twarzy.
- Nie do końca. Mnie nikt nie budził pocałunkiem - wyjęczał z wyrzutem czarownik.
   Magnus miał na sobie fiołkową koszule i spodnie w tym samym kolorze, jednakże ciemniejsze o trzy odcienie. Funkcje ozdobna pełnił nieodłączny brokat we włosach a także naszyjnik z szmaragdem. Alec z kolei jak zawsze wybrał czarna bluzę i spodnie w tym samym kolorze oraz szary podkoszulek.
   Słysząc słowa czarwnika Nephilin bez zastanowienia przyciągnął czarownika za koszule i pocałował z pasją.
- Tak mógłbym być budzony codziennie, przez resztę wieczności - wymruczał Podziemny gdy oderwali się od siebie - Zatem co robił mój książę, gdy księżniczka spała?
- W zasadzie nic takiego. Próbowałem odkryć do czego jestem potrzebny Valentine'owi i dlaczego chce znaleźć mi żonę - odparł wstając i odkładając książkę na stół, o który następnie się oparł.
- Uważam to za banalnie proste. Jesteś młody, dobry, inteligentny i przystojny. Idealny kandydat na męża. Dodatkowo masz najpiękniejsze oczy na świecie, to byłaby zbrodnia zmarnować tyle dobrych genów - odpowiedział filozoficznym tonem Magnus - A będąc nieco bardziej poważnym to nie mam pojęcia. Nie jestem w stanie pojąć działań jego adopotwanego syna a to on z nich dwojga jest podobno normalny.
   Alec uśmiechnął się niemrawo w odpowiedzi. Magnus widząc to podszedł i przytulił mocno chłopaka.
- Alexandrze. Damy radę. Razem. Dla ciebie jestem gotów poświęcić wszystko, nawet swoje życie. Zrobię cokolwiek będzie trzeba, byle byśmy mogli być razem. Sam stanę do walki z Inkwizytorem i jego banda pomyleńców. Pójdę za tobą na dno piekła. Nie pozwolę nikomu ani niczemu nas rozdzielić. Rozumiesz? Kocham cię. - Magnus mówił głosem przepełnionym determinacją.
Alec czuł przyspieszone bicie jego serca. Nawet nie zauważył, kiedy jego oczy zaszły łzami.
- Ja... tak strasznie boje się cie stracić. Nie mogę, nie chce żyć bez ciebie - powiedział łamiącym głosem patrząc w złoto-zielone oczy czarownika.
   Magnus pogładził go po policzku.
- Nie stracisz. Przysięgam - wyszeptał uśmiechając się ciepło do chłopaka, po czym złożył kilka pocałunków na jego twarzy.
   Zaczynając na czole, poprzez nos, policzki i wreszcie usta. Był to pocałunek pełen desperacji. Smutku i tęsknoty. Pełen namiętności, jakby miał być tym ostatnim. Gdy wreszcie oderwali się od siebie obaj z trudem łapali powietrze. W głowie Aleca szumiało, czuł jak usta nabrzmiewaja krwią. Policzki płoneły żywym ogniem. Spojrzał na ukochanego. Czarownik stał przed nim dyszac ciężko i wpatrując się w Nephilim kocimi oczami, które wypełniał głód. 
   Alec przyciągnął czarownika za materiał bawełnianej koszuli. Magnus pocałował go namiętnie przyciągając chłopaka maksymalnie blisko. Ręce czarownika znalazły się na udach chłopaka a następnie uniosły go i posiadziły na stole. Magnus oderwał się od ust Nephilim i zaczął obdarzać pocałunkami jego szyję. Alec, który dotychczas bładził rękoma wzdłuż pleców ukochanego przeniósł je na stół za sobą i bezceremonialnie zepchnął wszystkie te, które mogłyby im przeszkadzać. Dźwięk spadających książek dopiero przypomniał chłopakowi gdzie są.
- Magnus - wychrypiał gdy czarownik zdejmował z niego bluzę. - Jesteśmy w bibliotece.
-  Alexandrze, jesteśmy tu sami, a drzwi są zamknięte na klucz - odparł Azjata prżygryzajac płatek ucha Aleca.
   Nephilim wydał z siebie cichy jęk, po czym ujął twarz czarownika. Przez kilka sekund wpatrywali się w siebie głodnym, pełnym pasji wzrokiem. Następnie Nocny Łowca delikatnie musnął wargami usta czarownika... 
♥♥♥
   Pokryta białą powłoką Hinduska stała w progu pomieszczenia. Czarne, błyszczące włosy spływały po plecach kobiety, a malachitowe, udekorowane złotymi, kwiatowymi ornamentami sari wydawało się nieodpowiednie do panującej w Nowym Jorku wręcz zimowej pogody. Jej duże oczy spoglądały na Maryse z przekąsem, zresztą tak jak brązowe ślepia dwójki towarzyszy. Mężczyźni, których spokojnie można nazwać było ochroniarzami ozdabiali jej dwa boki, zwarci i gotowi na każdą ewentualność.
   Maryse zmierzyła ją krytycznym spojrzeniem.
- Nie sądziłam, iż Nephilim wydają się być tak niebezpieczni - powiedziała spokojnym głosem, siadając na skórzanym fotelu. - Myślę, że twoi przyjaciele okażą się być całkowicie zbędni.
   Hinduska uśmiechnęła się sztucznie.
- Wolę być przygotowana. To niebezpieczne czasy.
   Łowczyni jeszcze raz przyglądnęła się dwóm mężczyznom. Ubrani w czarne garnitury, kapelusze i ciemne okulary, wydawali się być filarami podpierającymi Azjatkę. Ich blade skóry błyszczały w świetle żyrandoli.
   Eila Sharma usiadła na krześle stojącym przed machoniowym biurkiem i założywszy nogę na nogę, spojrzała wyczekująco na Maryse.
- Zastanawia mnie jak ważna musi być sprawa skoro Nephilim postanowili poprosić o pomoc brudnego Podziemnego - rzekła prześmiewczym tonem. - Czyżby potomkowie aniołów nie byli w stanie poradzić sobie sami? 
- Proszę cię Eilo, nie teraz - westchnęła Nocna Łowczyni. - Nephilim i Podziemnych łączy Przymierze. Powinniśmy odłożyć waśnie sprzed wieków. Musisz przyznać, że przez ostatnie lata wiele się zmieniło. Możecie zasiadać w Radzie...
- Radzie - prychnęła wampirzyca. - Masz na myśli tę Radę, która teraz ściga swojego niewinnego przedstawiciela czarowników?
   Maryse zacisnęła wargi. Nie lubiła negocjacji z demonicznym istotami, które nienawidziły Nocnych Łowców. Eila także okazała się ciężkim przypadkiem.
- Nie odpowiadam za decyzję Inkwizytora. - Starała się brzmieć naturalnie i spokojnie. - Mogę Ci jednak zdradzić, że Magnus jest tutaj, w Instytucie.
   Eila zaśmiała się.
- Czyżby pobyt Bane'a w tym miejscu, droga Maryse, wiązał z relacją łączącą jego i twojego syna?
- Nie zaprzeczę - odparła Łowczyni. - Nie zaprzeczę także, iż Magnus jest niewinny.
   Wampirzyca przyjrzała się jej badawczo. W tym świetle jej skóra była jeszcze bledsza niż zazwyczaj.
- Więc o co chodzi?
- Zgaduję, że przyjeżdżając tutaj dowiedziałaś się, czego mogę od ciebie chcieć - odpowiedziała.
   Eila Sharma wiedziała wszystko. Miała szpiegów w każdym miejscu. Była to jedna z najbardziej poinformowanych osób na całym świecie. Niczym don u Przyziemnych, kierowała sporą siatką osób. Jeśli ktoś ma pomóc, to tylko ona.
- Zgadza się - powiedziała z uśmiechem wampirzyca. - Jednak nie ma nic za darmo.
- Zostałam uprzedzona przed ewentualnością zapłaty. Pytanie brzmi: ile?
   Azjatka zachowując się jak u siebie, rozsiadła się na fotelu.
- Nie chce pieniędzy - mówiąc to, zaczęła przyglądać się miętowym tipsom.
- Więc, czego chcesz? - zapytała zniecierpliwiona Maryse. Miała dość tych podchodów.
- Miejsca w Radzie.
   Nephilim zmarszczyła brwi. Miała nadzieję, że kobieta żartuje. Mimo wszystko gotowa była zapłacić każdą cenę.
- Chcesz zasiadać w Radzie? - spytała ponownie, lecz teraz z niedowierzaniem wpisanym na twarzy. Zganiła się momentalnie. Miała nie okazywać żadnych emocji.
- Nie ja. - Zaśmiała się wampirzyca, jakby Łowczyni powiedziała najbardziej niedorzeczną rzecz na świecie. - Wyślę do was kogoś z moich ludzi. Osobiście nie bawię się w politykę.
- Ale lubię trzymać za sznurki... - dokończyła za nią w myślach kobieta.
   Musiała się zgodzić. Nie miała wyjścia. Bez wsparcia wampirzycy nic nie osiągną.
- Okej - powiedziała. - Czy możemy przystąpić do rzeczy? 
   Kąciki ust Sharmy uniosły się do góry.
- Muszę przyznać Maryse, że w przeciwieństwie do swoich pobratyńców potrafisz podjąć dobra decyzję.
- Do rzeczy - powtórzyła Nephilim.
   Wiedziała, że ta decyzja negatywnie wpłynie na Radę. Będzie musiała poszukać jakiejś alternatywy, która pozwoli przechytrzyć Azjatkę. Jednak na myślenie o tym musi zostawić na potem. Teraz były inne priorytety.
- Wiesz coś, co może pomóc nam w tej sprawie? - zapytała.
- Na razie nic - odparła wampirzyca. - Daj mi kilka dni, a czegoś się dowiem.
   Maryse pokiwała głową, nie do końca wierząc w słowa kobiety. Musiała jednak jej zaufać.
- Za niedługo możesz być potrzebna - powiedziała w takim razie Nephilim. - Ostrzegam, że może polać się krew.
- Im jej więcej, tym lepiej dla mnie - odparła zadowolona z siebie Eila. Jej oczy zabłyszczały się w euforii. - A raczej dla nas. - Popatrzyła znacząco na dwójkę towarzyszy.
   Łowczyni mogła mieć tylko nadzieję, że współpraca z wampirami nie okaże się taka trudna, na jaką wyglądała.
♥♥♥

   Lewis stanął przed drzwiami wiekowej willi Herondalów. Po co tu przyszedł? Czego się spodziewał? Jace zapewne nie pamiętał tamtej nocy. Był pijany. Zrobił to, co robią ludzie po napojach wyskokowych - głupotę, której się żałuje. Jego umysł przecież nie działał trzeźwo, pocałunek był jedynie szaloną pobudką blondyna. Niczym więcej. Jednakże dla Simona to wystarczyło. Dalej pamiętał przyspieszone tętno oraz motylki w brzuchu, jakich wtedy doświadczył. 
   Jeszcze raz spojrzał na dzwonek do drzwi i położył klamkę na przycisku. Zawahał się. Pokrecił głową. Niepotrzebnie tu przychodził, nawet nie wiedział, co ma powiedzieć. Spacerując ułożył sobie całą przemowę, lecz w stojąc w obliczu zbliżającego sie momentu wypowiedzenia jej na głos, postanowił odpuścić. 
- Simon? - usłyszał za plecami, niczym zdążył odwrócić się na pięcie, a następnie jeszcze bardziej zmaltretowany psychicznie wrócić do domu. - Co tu robisz? 
   Przed oczami chłopaka ukazał się główny powód udręki - Jace Herondale. Jego opadające na czoło złote włosy, powiewały na wietrze. Ubrany był zwyczajnie, w czarny płaszcz i spodnie tego samego koloru. 
- Więc? - zapytał. - Możesz przestać się tak we mnie wpatrywać? Ja wiem, że jestem olśniewający, ale bez przesady. 
- Ja tylko.... - zaczął Lewis, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - W zasadzie nie wiem - westchnął. - Pokłóciłem się z Clary, chciałem spędzić z kimś miło czas i tyle.
   Blondyn uniósł brwi. 
- I przyszedłeś z tym do mnie? - Jego oczy przybrały zaciekawionego wyrazu. 
- No tak... Tak jakby - powiedział zmieszany brunet. - Simonie Lewisie, co ty robisz? - spytał w duchu sam siebie.
- Nie sądziłem, że uważasz nasze relacje za tak dobre - odparł tamten. 
   Początkujący Nocny Łowca spojrzał na niego wzrokiem zbitego psa. Miał nadzieję, że Jace nie zwrócił na to uwagi. 
- Uwierz mi, nasze relacje są na o wiele lepszym poziomie niż ci się wydaje - pomyślał, lecz nie miał odwagi wypowiedzieć tych słów na głos. - Nie... To znaczy tak... - rzekł zamiast tego, błagając w duchu, aby koszmar, którego doświadczał się skończył. - Zresztą zapomnij... Lepiej już pójdę - westchnął i oddalił się w stronę bramki, strzeżącej wejścia na posesję. 
   Ganił sam siebie za pomysł przyjścia tutaj. Tylko się wygłupił. Dotąd miał nadzieję, że chłopak jednak pamięta coś z minionej nocy, jednak zaczęło wydawać munsie to coraz bardziej nierealne.
- Simon, zaczekaj! - zawołał Jace. 
   Brunet odwrócił się w jego stronę. 
- Wejdź. W zasadzie mi też przyda się towarzystwo - westchnął Herondale, wpuszczając go do środka.
   Ex - wampir spojrzał na niego zdziwiony i przeszedł przez próg. Z bólem serca oglądał tak znane mu meble i wnętrza. Niegdyś przychodził tu w odwiedziny do swojej parabatai. Dlaczego jego serce okazało się tak zdradzieckie i zniszczyło całą ich relacje? Nie wiedział czy powinien żałować wyznania dziewczynie prawdy. Z jednej strony byl pewien, że ukrywanie przed nią swoich uczuć względem Jace'a okaże się zgubne, z drugiej gdyby tego nie zrobił, nie straciłby jej. 
   Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku. 
- Ile na mnie czekałeś? - zapytał nagle blondyn. - Wyglądasz na przemarzniętego. 
   Lewis wypatrzył się w niego brązowymi oczyma. Kiedy wpadł w tę pułapkę? Kiedy utkwił w tym labiryncie uczuć? 
- Niedługo - skłamał. - Przyszedłem dwie minuty przed tobą. - Jak mógł tak łgać? Stał przed jego domem zastanawiając sie przez pół godziny czy powinien zapukać. 
   Poszedł za Jacem do olbrzymiego salonu i po uprzednim uprzątnięciu z sofy porozrzucanych szachów, usiadł.
- Grasz? - zapytał blondyna, wskazując na pionki. 
- Kiedyś próbowałem nauczyć Clary, ale stwierdziła, że nie jest to rozrywka w jej guście - odpowiedział tamten. - Chcesz coś do picia?
   Brunet potrząsnął głową. Jace utkwił w nim badające spojrzenie. 
- O co chodzi? - zadał ponownie pytanie Simon. Złote oczy Nephilim jednocześnie budziły zafascynowanie i przerażały.
- Ile pamiętasz z nocy, kiedy się upiliśmy? 
   Lewis zamrugał osłupiony. 
- Niewiele - odpowiedział zgodnie z prawdą. - Tylko przebłyski.
- Co dokładnie? - Ton Jace'a był zdumiewająco poważny. Czyżby mimo spożycia takiej ilości trunków, jego umysł działał poprawnie?
- Początek rozmowy w barze, twoją kłótnie z Batmanem - postanowił mówić szczerze - drogę powrotną - to powiedział wyraźnie ciszej i z wahaniem - to jak wywróciłeś się na schodach koło parku. W zasadzie chyba nic więcej. 
   Grdyka blondyna poruszyła się nieznacznie. 
- Drogę powrotną? - powtórzył za nim cicho. - Czyli pamiętasz też...? - Nephilim się zawahał. 
   Serce Simona zabiło mocniej. Herondale pamiętał. Ale co z tego? Przecież to nic nie znaczyło. Pocałował go w amoku alkoholowym i na pewno tego żałował. Bo dlaczego miał coś poczuć do kogoś takiego jak Simon Lewis. Jeszcze kilka lat temu walczyli o serce tej samej dziewczyny. 
- Pocałunek? - spytał żałośnie chłopak. - Tak, pamiętam - westchnął, widząc udręczony grymas na twarzy drugiego Nocnego Łowcy. 
- Muszę ci coś powiedzieć. - Blondyn zmarszczył nerwowo czoło. - Powinienem być z tobą szczery... 
   Ex - wampir naprężył mięśnie, wiedząc co nastąpi. Jace Herondale definitywnie chciał mu dać kosza. 
- Od ostatnich dni moja głowa jest przepełniona wyrzutami sumienia i poczuciem winy wobec Clary - kontynuował chłopak. - Ale to nie wszystko, co chciałem powiedzieć. Dalej pamiętam ten pocałunek i... Wiem, że to zaburzy relacje między nami, którą tak usilnie próbowaliśmy zbudować. Kiedy to powiem pewnie mnie znienawidzisz, ale ten pocałunek... ten pocałunek... - W jego głosie można było usłyszeć wahanie. - Zakochałem się w tobie. Wiem, że to brzmi dziwnie, jeśli chcesz możesz stąd wyjść i mnie zwyzywać. Byłem z twoją najlepszą przyjaciółką, z twoją parabatai, a zdradziłem ją w tak okropny sposób.
   Simon wpatrywał się w niego jak oniemiały. Dalej nie mogło dotrzeć do niego znaczenie słów Jace'a. Czy on wyznał mu miłość? 
- Nie znienawidzę cię - powiedział słabym głosem. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. - Ja... wtedy też... - początek tego zdania niemalże wyjąłkał. Postanowił zacząć o początku. - Ja wtedy tez coś poczułem.
- Clary... Tak cię przepraszam - rzekł blondyn, ignorując wcześniejsze wyznanie Lewisa. - Nie chciałem mieszać w waszej relacji. - Herondale siedział na oparciu fotela. Jego głowa zwrócona była w stronę podłogi. 
 - Wszystko w porządku, Jace - odparł brunet, starając się go w jakiś sposób pocieszyć. - Naszą relacje zdążyłem zniszczyć przed twoim wyznaniem - westchnął. W głowie miał wspomnienie wybiegającej z restauracji parabatai. Nie chciał psuć tej przyjaźni, ale wiedział, że po tym, co wydarzyło się przed chwilą nic nie będzie takie samo.
   Blondyn spojrzał na niego z drwiną.
- Oczekujesz ode mnie, że teraz rzucę cię na tą kanapę i będę całować do nieprzytomności? - powiedział. - Nie wiem, co mam myśleć o tym wszystkim. Nie oczekuj słodkich słówek i uroczych randek. Niedawno zerwałem zaręczyny. - Wstał z kanapy, a następnie wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Simona samego.

  
Coco Deer:

Witam wszystkich czytelników! Na początek kilka informacji :)
Następny rozdział "Szklanego Pantofelka" pojawi się już w środę! Będzie to jedna z połówek o parodystycznym charakterze pt. "Emo w krainie czarów". W czwartek natomiast odbędzie się premiera "Ja wcale go nie kocham" - komedii w czterech aktach, opowiadającej o Stilesie i Dereku z Teen Wolfa (kliknij, aby zobaczyć opis). Zapraszam do głosowania w ankiecie, znajdującej się w prawej kolumnie i przeczytania mojego autorskiego opowiadania "Łowca Wspomnień" (kliknij, aby zobaczyć opis)! Apeluję także o komentarze, ponieważ naprawdę chcemy poznać Waszą opinię.
Życzę miłej lektury :)
Lelo:
Rozdział 10 za nami a to znaczy ze zostało ich zaledwie 5. Nie wiem co zrobię ze sobą po zakończeniu Maleca. Zgaduję, że pisała kolejne opowiadanie, którego tytuł zdradzimy wam już za kilka dni. Nie mogę się doczekać. Podobnie jak publikacji "Emo...", które jest chyba nawet śmieszniejsze niż "Klub AA". Zatem, do zobaczenia w czwartek! ;)

2 komentarze:

  1. Dopiero znalazła waszego bloga, ale już stał się jednym z moich ulubionych... Jest to jeden z nielicznych, dobrze napisanych ff o Malecu... Nie mogę się doczekać następnego rozdziału! <3

    OdpowiedzUsuń


Skomentuj - to nic nie kosztuje, a może nas bardzo zmotywować do działania.

Lydia Land of Grafic, arts by taratjah