czwartek, 5 maja 2016

Malec - Szklany Pantofelek: Rozdział 4


Coco Deer:
Witam Wszytkich! Ten rozdział podoba mi się na razie najbardziej ze wszystkich (a szczególnie fragment Nity&Daniela). Mam nadzieję, że podzielicie moje zdanie :) Po prawej stronie bloga, w kolumnie, pojawiła się ankieta. Wraz z Lelo planujemy napisać miniaturkę i to od Waszych głosów zależy, jakiego fandomu będzie należeć. Także tego... Zapraszam do głosowania!

Lelo: 
Jestem w szoku jak szybko minęły te cztery tygodnie. Jest to jeden z rozdziałów, które najprzyjemniej się pisało. Słowa same wpływały tworząc kolejne zdania. Ach, Dita <3 Zadziwiające jest to jak bardzo można być zakochanym w pairingu stworzonym przez samego siebie (Chociaż jak się przekonacie nie jest to nasze autorskie OTP). Z niecierpliwości przyznam się, że mój ulubiony rozdział będzie publikowany za trzy tygodnie :) 
Do zobaczenia w sobotę!

   Słońce wzeszło kilka godzin temu i oświetlało Alicante, ukazując jego piękno poranną porą. Mimo że zima zbliżała się nieubłagalnie, jesień uparcie prezentowała swoje uroki. Ulice i ogrody pełne były różnobarwnych liści. Widok ten jednak nie cieszył Alexandra Lightwooda.
   Ubrany w czarną bluzę i dżinsowe spodnie stał, wpatrując się w krajobraz roztaczający się za oknem jego więzienia. Zaraz po incydencie w Nowym Jorku wrócił do domu, gdzie na szczęście nie zastał ojca. Za to cały wieczór spędził na pomocy siostrze, gdy ta jednak udała się na spotkanie z niejakim Larrym, czas mijał mu na rozmyślaniach i krótkiej rozmowie z matką. Nie wiedział, co planuje kobieta, jednak ufał, że cokolwiek to jest, ma na celu pomoc jego osobie.
   Robert wrócił do Idrysu w środku nocy, mimo że miał zaplanowane spotkanie na dzisiejszy dzień. Jak się okazało, stwierdził, że musi przypilnować zbuntowanego nastolatka i przełożył spotkanie na kilka godzin później. Dla Aleca oznaczało to dwie rzeczy: musi już teraz spełnić polecenie matki, oraz że Maryse nie spotka się z Inkwizytorem. Pierwsze nie stanowiło problemu. Spotkanie jego rodziców było dla niego priorytetem. Matka pozostawała jego ostatnią nadzieją.
- Synu. - Alec odwrócił się na dźwięk głosu Roberta - Podobno chciałeś ze mną porozmawiać. Jak mniemam, o twoim wczorajszym wybryku.
- Tak, ojcze. - Spojrzał w oczu Inkwizytora. Były pozbawione emocji - Chcę cię przeprosić za to, co się wydarzyło. Przemyślałem wczoraj to wszystko i doszedłem do wniosku, że masz rację. Było karygodną pomyłką z mojej strony, aby zadawać się z tym Podziemnym. Zrozumiałem, że to, co brałem za uczucia, to wyłącznie zaklęcia czarownika. Dziękuję, że otworzyłeś mi oczy. - Łgał jak pies, ale miał nadzieję, że Robert mu uwierzy. Ćwiczył tą przemowę cały ranek.
   Inkwizytor z początku spojrzał na niego sceptycznie. Potem jednak uśmiechnął się szeroko.
- Cieszę się, że zrozumiałeś swój błąd. Co do czarownika, nie musisz się martwić. Zostanie osądzony za oszukanie Nephilim. Dopilnuje, aby nigdy więcej cię nie niepokoił - powiedział spokojnie.
- Dziękuję, ojcze. Także za bal, który dla mnie organizujesz - odparł Alec, kontynuując swoją grę. Obyś miała dobry plan, matko!
- Naprawdę nie ma za co, synu. Wszystko to dla ciebie i twojego dobra. - Oczy Roberta błyszczały zwycięsko.
- Ojcze. Wczoraj rozmawiałem z matką. Wyraziła swoją chęć przyjazdu. To dla mnie ważne, żeby poznała na balu moją przyszłą żonę - powiedział nieco przesłodzonym tonem.
- Może przyjechać. Ale niech nie liczy na rozmowę ze mną. Dzisiaj zajęty jestem spotkaniem Rady, jutro z kolei ostatnimi przygotowaniami do balu. Mam nadzieję, że ty i Isabelle zajmiecie się nią odpowiednio.


♥♥♥

   Eila Sharma była jedną z najbardziej znanych indyjskich wampirzyc i to nie tylko ze względu na wiek ani informacje jakie posiadała, lecz także dzięki wytwornym przyjęciom urządzanym w samym sercu Nowego Delhi. Spotykała się tam najwybitniejsza azjatycka śmietanka towarzyska Podziemnych: czarownicy, wampiry, linkantropy, fearie... Wszyscy posiedli jakąś wiedzę, którą zawsze w jakiś sposób można było wykupić. To właśnie zamierzał Magnus. Jeśli ktokolwiek ma jakieś wiadomości na temat tego, co wydarzyło się tamtego wieczoru, kiedy zabito Iona Paislay'a, to tylko oni. Przechadzał się między rozmawiającymi grupkami, szukając znanych mu osób. W oddali wpatrzył kilku starych znajomych, jednak nie byli oni na tyle ważni, aby w tym momencie mógł sobie zawracać nimi głowę. Szukał jednej, konkretnej osobistości, mianowicie  gospodarza przyjęcia. Tylko ona mogła mu pomóc.
- Kogo my tu mamy. - Odwrócił się. Jak zawsze pojawiła się w momencie, kiedy jej potrzebował. Ubrana w czerwone sari Azjatka uśmiechnęła się. On także wykonał ten gest. - Magnus Bane we własnej osobie. Słyszałam, że jesteś w Indiach, lecz nie sądziłam, że pofatygujesz się przyjść do starej przyjaciółki.
- Witaj, Eilo. - Ukłonił się. - Olśniewająca jak zawsze. Nic się nie zmieniłaś przez te pół wieku.
- Czarujący jak zawsze - przedrzeźniała go. - Tylko pytanie, z czym związany jest ten urok... - Spojrzała podejrzliwie w jego zielonożółte kocie oczy.
- Potrzebuje informacji - poinformował.
   Kobieta przewróciła oczami.
- Zawsze to samo... Masz nadzieję, że chcą do ciebie wrócić, wyznać ci miłość, ale zawsze przychodzą tylko po jedno, informacje. Mężczyźni...
   Wampirzyca była niegdyś jego kochanką, jednak porzucił ją na rzecz wyjazdu do Stanów. Nigdy nie byli sobie nawzajem lojalni. Rozeszli się więc bez większych spięć.
- Z tego, co wiem, kobietami także nie pogardzisz - zwrócił jej uwagę. - Poza tym, jestem zdolny do zapłaty.
   Na dźwięk zdania wypowiedzianego przez czarownika jej ciemne oczy zaświeciły się. Mimo iż jej blada cera i hinduskie rysy twarzy nie szły ze sobą w parze, nadal była piękna.
- Cóż... W takim razie zależy od przysługi. Czego pragniesz, Magnusie Bane?
- Na pewno kojarzysz pewnego wampira, który przybył do Indii kilka tygodni temu. Nazywa się Vlad Tepes...
   Kiwnęła głową.
- Został on niedawno oskarżony o morderstwo jednego z ważnych bostońskich Nephilim, jednak sam utrzymuje, że tego nie zrobił. Wiesz może coś o tym? - zapytał.
   Na jej twarzy wykwitł zwycięski uśmiech.
- Dobijmy targu, czarowniku. Ty potrzebujesz informacji, a ja wstawienia u Clave. Jednemu wampirowi z mojego klanu niedawno zdarzyło się złamać Przymierze. Nic ważnego. Zaledwie jeden martwy Przyziemny, lecz Nehru jest jakby to powiedzieć... Jednym z ważniejszych dla mojej osoby przyjaciół, jeśli wiesz, co mam na myśli, więc bardzo zależy mi na jego uniewinnieniu.
   Magnus popatrzył na nią z uznaniem. Od początku zależało jej na jego pomocy. Przez całą rozmowę prowadziła grę. Czasami powinien być ostrożniejszy.
- Zgoda - powiedział. - Mów.
- Nie zrobił tego. Iona Paislay'a zabiła jego własna małżonka, choć nie sądzę, aby któryś z Nocnych Łowców chciał ci w to uwierzyć - ostrzegła. - Są zaślepieni własną perfekcyjnością. Zastanawia mnie jednak, dlaczego to robisz i co otrzymasz w zamian... - Wpatrzyła się w niego z ciekawością. Złote bransolety na jej rękach zabrzęczały.
- Nie mam. Działam charytatywnie.
   Zaśmiała się.
- Zrobiłeś się zbyt miękki, Magnusie - upomniała go. - Chociaż... W zasadzie zawsze taki byłeś. Słyszałam, że nie przychodziłeś na spotkania w klubie Pandemonium, gdy mordowano tych nieszczęsnych Przyziemnych. Mówiłeś, że nie chcesz kłopotów, ale oboje wiemy, jaka była prawda.
   Wiedział...
♥♥♥
   Wśród zebranych panowała cisza. Chociaż Inkwizytor nie stawił się jeszcze, nikt nie śmiał się odezwać. Wszyscy czekali w nerwowym milczeniu. Nagle drzwi otwarły się na oścież, ukazując sylwetkę Roberta Lightwooda ubranego w czarny garnitur. Obecni natychmiast wstali w geście szacunku i zasiedli dopiero, gdy zrobił to Inkwizytor.
   Oficjalnie wstęp na zebrania mieli wyłącznie członkowie Rady, w tym wypadku jednak nie tylko wpuszczone zostały osoby z zewnątrz, ale także część osób, które powinny stawić się ze względu na pełnioną funkcję, nie została w ogóle o nim poinformowana.
   Okna były częściowo zasłonięte, tak że mimo nie tak późnej pory w pomieszczeniu panował półmrok. Wszyscy zebrani siedzieli na identycznych krzesłach, z wyjątkiem Roberta, który zasiadł na najwyższym, położonym u szczytu stołu. Sam mebel stanowił symbol panującej hierarchii. Przywódca najwyżej, potem stopniowo jego poplecznicy.
   Obecnie miejsca najbliżej podwyższenia zajmowały osoby bezpośrednio związane z „Dziedzictwem”. Daniel wpatrywał się w siedzącą naprzeciwko niego Andorę Alvarez. Szczerze nie znosił tej kobiety. O ile do niedawna była mu zupełnie obojętna, od kiedy poznał jej przybraną córkę, pałał do kobiety coraz chłodniejszymi uczuciami.  Nita Ybarra czyli przedmiot jego obserwacji okazała się dziewczyną nie tylko piękną, ale także inteligentną i uprzejmą. Powoli żałował, że musiał ją okłamywać i że to nie jemu przypadnie zaszczyt zostania mężem tej niezwykłej osoby.
- Według raportów złożonych przez wszystkich biorących udział „Dziedzictwo” przebiega zgodnie z planem. Czarownik pomoże dziewczynie dostać się na bal, nawet, jeśli obecnie przebywa w Indiach. Agatha zapewnia, że będzie próbował pomóc oskarżonemu, dzięki czemu jeśli tylko pojawi się na zachodniej półkuli, będziemy zdolni pojmać go i osądzić. Fałszywy list spełnił swoje zadanie. Alexander Lightwood oczywiście znajduje się pod opieką Inkwizytora, zatem mamy pewność, że z jego strony nie grozi nam porażka. Danielu, zechcesz zrelacjonować, na jakim etapie pozostaje twoja część misji? – Beatrice czytała z kartki mechanicznym głosem. Zadziwiało go, jak ta wesoła na co dzień dwudziestokilkulatka zmieniała się nie do poznania w oficjalnego robota sekretarkę, gdy tylko w pobliżu pojawiał się Robert Lightwood.
- Udało mi się zdobyć jej zaufanie. Nie domyśla się moich powiązań z obecnymi tutaj, ani przynależności do Kręgu. Jeszcze dzisiaj oficjalnie zaproszę ją we własnym imieniu na Bal Inkwizytora – Łowca zmierzył wzrokiem twarze wyrażające aprobatę.
   Inkwizytor nakazał gestem, aby oboje usiedli.
- Doskonale. – Głos Valentine’a brzmiał jak drapanie paznokciami po tablicy, w porównaniu do głosu Roberta Lightwooda. I chociaż ciało pozostało niezmienione, wyraźnie widać było mrok bijący od jego postaci, gdy przestawał kryć się za skórzaną powłoką. Z jego oczu biło czyste szaleństwo. 
♥♥♥

   Willa Inkwizytora była niemalże wyludniona. Robert znajdował się na spotkaniu Rady, Isabelle z kolei gdzieś w Nowym Jorku.  Alexander opuszczony w swoim więzieniu rozglądał się po pomieszczeniu, które powoli miało zostać zamienione w salę balową. Wyobrażenie sobie, jak tańczy z kolejnymi pannami ku zadowoleniu ojca, napawało go odrazą. Zwłaszcza, że za domniemanym uśmiechem Roberta krył się gdzieś Magnus Bane, skuty w kajdany i przetrzymywany w oczekiwaniu na skazanie za uwiedzenie jego osoby. Jednak najbardziej przerażała go chwila, która miała nastąpić później, kiedy ojciec przedstawi mu wybrankę, kobietę, którą będzie musiał poślubić, z którą spędzi całe życie.
   Ten pesymistyczny wywód myślowy został jednak przerwany przez głos dochodzący z hallu.
- Alexander!
   Maryse zgodnie ze swoją obietnicą przybyła. Zgodnie z obietnicą Roberta, nie dane jej było powitać byłego męża.  Alec wyszedł na spotkanie matce z nieukrywanym strachem i beznadzieją.
   Nephilim ubrana była na modę Przyziemnych. Miała na sobie ciemnobrązową bluzkę, dopasowaną do butów i jeansy. Jedynie skórzana kurtka nadawała jej drapieżności Dzieci Anioła. Włosy związane w wysokiego, luźnego koka opadły kilkoma pasmami.
- Twojego ojca tu nie ma. – Alec nie musiał nic mówić, wyczytała to z jego oczu, które miały ten sam kolor, co jej własne.  – Trudno. Najważniejsze, żebyś ty wiedział o wszystkim. Zrobiłeś, co ci powiedziałam?
- Nie wiem, jak ma mi to pomóc, ale tak. Ojciec myśli, że jestem mu w pełni posłuszny – odparł, wpatrując się z założonymi rękoma.
   Matka gestem wskazała, aby poszedł za nią. Gdy zaszli do biblioteki, przykazała, żeby usiadł, a następnie wyciągnęła jedną z ksiąg. Wyglądała na bardzo starą i nieco zniszczoną. Nie była to Szara Księga, ani żadna znana Alecowi. Maryse w skupieniu przerzucała kolejne kartki, aż zatrzymała się na jednej. Zanim jednak podała ją synowi do przeczytania, spojrzała na niego i zaczęła opowiadać:
- Wiem, że mogę zabrzmieć jak szalona, albo jakbym szukała jakiegoś usprawiedliwienia dla naszego rozstania, ale już dawno zaakceptowałam fakt, iż twój ojciec mnie nie kocha. Może kiedyś… Jednak to uczucie umarło jeszcze przed narodzeniem Maxa. Zmierzając jednak do metrum, jeden z moich bliskich przyjaciół zasiadających w Radzie podzielił się ze mną jakiś czas temu swoimi spostrzeżeniami. Postulaty Inkwizytora stały się coraz bardziej radykalne, jego zachowanie się zmieniło. Nawet sposób mówienia i gestykulacji stał się odmienny. Z początku myślał, że to nowa funkcja sprawiła, że się zmienił. Jednak z czasem to nie minęło, a wręcz nasiliło się. Zauważ, że twój ojciec w ciągu krótkiego czasu znalazł sobie grupę wiernych mu ludzi. W tym też swoją nową kobietę. Odpowiedz sobie, czy Robert, nie ważne jak konserwatywny był w swoich poglądach odnośnie ciebie i Magnusa, kiedykolwiek najpierw zmusił do pozostania tutaj i zerwania z nim, a potem próbował zmusić cię do małżeństwa? Ile razy zastanawiałeś się, czy nie postradał rozumu? 
- Co sugerujesz? – spytał skołowany. Jego głowa wypełniona była myślami i wspomnieniami ostatnich dni. Robert Lightwood od dawna nie był sobą. Ojciec kochał go i nie zrobiłby nigdy tego, czego obecnie próbuje dokonać.
- Twój ojciec jest opętany. Jednak nie przez demona a przez osobę. Mój znajomy wspomniał, że Robert nie wykazuje zachowań jak opętany przez mieszkańca Edomu. Zaczął więc szukać innej przyczyny. To bardzo stare zaklęcia, założę się, że nawet twój ukochany ich nie zna. Potężna czarna magia. Ja i mój przyjaciel sądzimy, że Inkwizytor został opętany przez jakiegoś człowieka, który kieruje jego działaniami – odpowiedziała, podając Alecowi księgę. Zapiski po łacinie opisywały przebieg takiego procesu. Jednak jedno zdanie szczególnie zwróciło uwagę chłopaka.
- Śmiertelne? To znaczy, że jeśli masz rację, to ojciec…
- Jest już martwy. Nie mam pewności, czy to wszystko to prawda. Okazji do rozmowy z nim miałam niewiele, zwłaszcza, od kiedy pojawiła się Paislay. Mam nadzieję, że się mylę i że uda mi się wybić mu z głowy twój ożenek. – Maryse pogładziła twarz Aleca, patrząc mu w oczy wzrokiem pełnym miłości i nadziei. Alexander instynktownie objął matkę, po raz pierwszy od dawna.
   Siedzieli przytuleni przez dłuższą chwilę, a matka bawiła się jego, nieco przydługimi włosami.
- Kocham cię, mamo – powiedział, spoglądając na jej twarz, tak podobną do twarzy jego siostry i częściowo niego samego.
 - Też cię kocham, synu. – W oczach Maryse po raz pierwszy od śmierci Maxa pojawiły się łzy. 
♥♥♥
   Magnus Bane zasiadał przy stole wraz z całą rodziną Bhadurich. Zaraz mieli podać kolacje. Wielki, mahoniowy stół przykryty był wyszywanym złotymi nićmi materiałem, a w jego samym centrum leżały półmiski z owocami i różnego rodzaju egzotycznymi sałatkami. W każdym razie egzotycznymi dla każdego przeciętnego Nowojorczyka. On, Wysoki Czarownik Brooklynu spędził zbyt wiele czasu na podróżach, aby uznawać owe pojęcie. Poza tym sam urodził się w Azji, więc w tutejszej kulturze nie było nic nadzwyczajnego. Rozejrzał się. Jadalnia ta mogła pomieścić przynajmniej setkę Nephilim. Z wysokiego sufitu zwisały rubinowe girlandy, a wzdłuż ściany stały piękne, marmurowe rzeźby wyginających się w różnych pozach postaci z tacami ułożonymi na zgrabnych dłoniach. Potężny, wiszący nad drzwiami zegar wybił osiemnastą. Do sali weszło kilka ubranych w kolorowe, bogato zdobione szaty kobiet. W ręku trzymały wszelkiego rodzaju patery i talerze. Pomieszczenie wypełniła apetyczna woń.
- Nie jemy wegetariańskich dań. To zwyczaj Hindusów wierzących w reinkarnacje. My, Nephilim nie jesteśmy wyznawcami żadnej z religii - powiedział dumnie siedzący naprzeciw Aada.
   Czarownik pokiwał głową z zainteresowaniem. Wiedział to. Nocny Łowca traktował go jak kompletnego imbecyla, jednak jego sympatia będzie konieczna. Musiał być kulturalny i życzliwy dla tego człowieka.
- Codziennie się dowiaduję o was czegoś innego, Dzieci Aniołów. - W jego głowie nie było ani cienia ironii, ale myśli mężczyzny były nią wręcz przesiąknięte.
    Aadesh zmrużył oczy w wyrazie aprobaty. Magnus czasami zastanawiał się, czy Nephilim rzeczywiście niekiedy bywali tak naiwni.
- Jak twoje śledztwo, czarowniku? - zapytał, biorąc do ust kęs cielęciny. Hinduiści nie byliby zadowoleni.
- W porządku. Udało mi się odkryć kilka nowych faktów.
   Przez twarz Aady przeszedł zaniepokojony grymas. Jego wzrok na sekundę uciekł w stronę małżonki, aby z powrotem skupić się na Magnusie.
- Naprawdę? - Głos Azjaty wyrażał fałszywe zdziwienie. Tak naprawdę krył się w nim strach.
   Magnus westchnął. Po reakcji Nocnego Łowcy na jego wcześniejsze słowa nie uważał mówienie czegokolwiek za dobry pomysł, jednak musiał zaryzykować. Od tego zależało życie Vlada.
- Aado - zaczął - wiem, że to co zaraz powiem może okazać się dla ciebie szokiem. Wiem także, że może podważyć twój światopogląd, ale błagam wysłuchaj mnie do końca.
   Zaniepokojony Nephilim skinął głową.
- To nie wampir zabił Iona Paislay'a - powiedział. - Z mojego wywiadu wynika, że zrobiła to jego własna małżonka. Zdaję sobie sprawę...
   Nocny Łowca wstał i uderzył pięścią o powierzchnię stołu. Żona i syn stanęli u jego boku.
- JAK ŚMIESZ?! - zagrzmiał. - Jak śmiesz wygadywać takie bluźnierstwa w moim domu?! Pod moim własnym dachem?! Ugościłem cię, zgodziłem się na to bezsensowne śledztwo, a ty mi się odwdzięczasz takimi kłamstwami?! 
   Gniewna mina mężczyzny uświadomiła Magnusowi jego osobistą porażkę.
- Aado, wiem, że to dla ciebie trudne... - zaczął spokojnie, jednak niczym skończył kolejny trzask wypełnił pokój. Dłoń mężczyzny ponownie znalazła się przy drewnianej powierzchni stołu. Czarownik pozostawał spokojny i opanowany. Jego włosy błyszczały w świetle rzucanym przez żyrandole.
- Cisza! - rozbrzmiał głos Aadesha. - Jak śmiesz obwiniać o coś takiego jednego z nas?! Nie jesteśmy jak wy, brudni Podziemni!  Wy macie skażoną wszelkim złem krew demona, my wypełnieni jesteśmy krwią anioła! Jesteśmy nierozerwalną jednością! Nie ma tu miejsca na zdrady! 
   Magnus prychnął.
- Nie ma? A Valentine? - spytał z kpiną. - A Jonathan Morgenstern? Nic wam to nie mówi?
- Oni nie byli jednymi z nas. Opętała ich Lilith - tym razem odezwała się Jasmin. Jej lśniące włosy spływały falami po plecach, a te, opadające zwykle na czoło, spięte miała u tyłu głowy.
- Magnusie... Wiesz, że teraz mógłbym cię posądzić o zdradę Clave? - zapytał Aada. Stojący po jego prawej stronie syn, milczał. - Jednak nie zrobię tego - powiedział litościwie. - Daj spokój tej sprawie, a nie zrobię tego...- powtórzył.
   Magnus uśmiechnął się kpiąco, po czym odwrócił na pięcie i podążył w stronę drzwi.
- Masz dwadzieścia cztery godziny na zadeklarowanie mi swojego stanowiska! - usłyszał za plecami. Zignorował to.
   Nacisnął klamkę i wyszedł na zewnątrz. Ogród w przeciwieństwie do wiszącej w powietrzu aury, emanował spokojem. Różnokolorowe kwiaty zwrócone by ku chowającemu się za horyzontem słońcu. Liście drzew poruszały się w rytm niewielkiego wietrzyku.
   Magnus przyspieszył kroku. Zaniepokoiło go zachowanie Nephilim. Był zbyt niespokojny, zbyt gniewny... Był pewien, że coś musiało się kryć za zachowaniem Hindusa i to najprawdopodobniej było  kłamstwo. Aada znał prawdę. Znał ją od samego początku.
- Czarowniku! - Nastoletni Rishi podbiegł ku niemu. - Zaczekaj!
   Na twarzy Magnusa wymalowało się zaskoczenie.
- Chodź za mną - powiedział i poszedł w kierunku domu, jednak nie wszedł do niego jak mężczyźnie się wydawało, że zrobi, lecz zaczął obchodzić dookoła. Poszedł za nim.
- Musimy być ostrożni - wyszeptał. - Mój ojciec nie może nas przyłapać. To by oznaczało koniec dla mnie i dla ciebie.
- Dlaczego mi pomagasz? - spytał z niedowierzaniem.
    Niewielu Nephilim było zdolnych do takiego ryzyka w obronie Podziemnych.
- Bo masz rację. Mój ojciec jej nie ma. - Podszedł w kierunku drewnianych drzwi. - To boczne wejście. Nikt z niego nie korzysta. Nie powinni się zorientować. - Wszedł do budynku. I ruszył ku schodom, które spiralnie skręcały się ku górze.
   Szli przez jeden z długich korytarzy. Ich kroki odbijały się cichym echem. Ściany były tutaj inne niż w centralnej części budynku - szare i pozbawione ozdób. Wydawały się puste. Panujący tutaj męski styl był domeną Nephilim. Nagle skręcili ku jednemu z pomieszczeń. Ciemność przykryła oczy czarownika, jednak szybko ustąpiła blademu światłu rzucanemu przez kamień spoczywający w dłoni  chłopaka. Druga ręka Rishiego rysowała coś na drzwiach. Zapewne runę.
- Teraz nikt nas nie usłyszy – rzekł, skończywszy. - Musimy uratować tego wampira, Magnusie. - Ton, jakim mówił młody Nephilim, wypełniony był stanowczością.
- W tej kwestii jesteśmy zgodni - potwierdził. - Masz jakiś plan. - To nie było pytanie.
   Chłopak nerwowo pokiwał głową wyższy i potężniej zbudowany niż ojciec.
- Uwolnimy go. W tym pokoju znajduje się pełno map Instytutu. Trzymamy je na wszelki wypadek. Budynek jest duży i stary, sami nie znamy wszystkich jego zakątków - wytłumaczył. - Więc...
   Magnus uśmiechnął się w duchu. Rishi przypominał mu Aleca. Cichy, spokojny, jednak kiedy musiał potrafił działać w obronie własnych wartości i poglądów.
- Już niedługo do ciebie wrócę, Alexandrze - pomyślał tęsknie. - Jeszcze tylko kilka dni...
Przynajmniej miał taką nadzieję...
♥♥♥
   Nita pracowała zawsze w ciszy. Śpiewałaby, ale wiedziała, że nie ma takiej możliwości, gdy rodzina Alvarez znajduje się w pobliżu. Zawieszona myślami gdzieś pomiędzy filozofią Kierkegaarda i podstawami fizyki kwantowej, z ogromnym zaangażowaniem czyściła serafickie ostrza leżące w zakamarkach zbrojowni. Nietknięte od lat, pokryły się kurzem i pajęczynami. Dla prawdziwej Nocnej Łowczyni była to skaza na honorze.
   Dawno temu nauczyła się konsekwentnie ignorować wszelkie wezwania. Jedna praca na raz to był limit, na który mogła sobie pozwolić i korzystała z niego nagminnie. Dlatego nawet nie zajrzała, gdy drzwi otwarły się z hukiem. Nie obchodziło jej, kto tym razem przybył ją gnębić. Jednak, gdy ta osoba wykonała gest, którego nie wykonałby nikt z mieszkańców domu, jakim jest wbicie palca w kręgosłup, odwróciła się, momentalnie przykładając obcemu trzymane ostrze do szyi.
- Czyli to jednak nie były czcze słowa? Naprawdę zamierzasz poderżnąć mi gardło – zapytał rozbawiony głos.
- Daniel! Co ty tu robisz? – odparła zszokowana, odkładając nóż na stół.
- Zabieram cię na przechadzkę, ot co. Ani słowa o obowiązkach. Masz całe życie na czyszczenie Serafickich Noży. A szansę na wyjście ze mną dzisiaj masz tylko tą jedną – powiedział, ciągnąc ją za rękę w stronę drzwi. – Do zobaczenia pani Alvarez- Ybarra! Obiecuję odstawić ją całą i zdrową przed zmrokiem! – rzucił, gdy wychodzili z willi.
   W momencie, w którym wrota zamknęły się za nimi, rzucił się pędem przed siebie.
- Daniel! – krzyknęła za nim Nita
- Biegnij, księżniczko! – odkrzyknął, odwracając się przez ramię, po czym przyspieszył.
   Dziewczyna roześmiała się. Co ten chłopak znów wymyślił? Chcąc nie chcąc, pobiegła za nim, śmiejąc się głośno. Dawno nie czuła się taka wolna. Wiatr rozwiewał jej włosy i podwiewał oliwkowy top. Tenisówki wybijały regularny rytm, uderzając najpierw w brukowaną drogę, potem zaś w leśną ścieżkę. Nephilim co pewien czas odwracał głowę i sprawdzał, czy podąża za nim, ale po pewnym czasie, gdy wyrównali tępo pochwycił ją za rękę i biegli razem.
   Zwolnił tępo, gdy przed nimi wyrosło jezioro. Znajdowało się idealnie pośrodku lasu, było krystalicznie czyste i przyjemnie odbijało błękit nieba. Zatrzymali się na jego brzegu, gdzie usiedli na ziemi, żeby pozbyć się zbędnego obuwia, po czym weszli do wody po kolana. Spacer brzegiem jednak szybko przerodził się w wodną wojnę, która z kolei skutkowała najpierw utratą równowagi przez Daniela, potem zaś celowym wrzuceniem Nity w zimą toń.
   Gdy siedzieli ponownie na trawie, śmiejąc się z siebie nawzajem i ociekając wodą, Nephilim zwrócił się do niej
- Sonju! – powiedział z pełną powagą, za co otrzymał kuksańca. – Nito Ybarro, czy sprawisz mi ten zaszczyt i pójdziesz ze mną na jutrzejszy bal Inkwizytora?
- Daniel… - zaczęła – Chciałabym. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym z tobą pójść. Ale…
- Obowiązki. Tak wiem, wiem. Czy jednak nie mogłabyś mieć tego jednego, jedynego wieczoru dla siebie? – zapytał z nadzieją.
- Nie, jeśli ma tam być moja rodzina – odparła smutno. Propozycja Daniela poruszyła jej serce. Była pewna - jest w nim zakochana na zabój. – Tylko cud mógłby sprawić, że się tam pojawię.
 - Mam zatem nadzieję, że wierzysz w cuda – powiedział, uśmiechając się tajemniczo. 
♥♥♥
   Isabelle napełniła płuca powietrzem. Zapach Nowego Jorku niczym nie przypominał tego w Idrysie. Intensywna woń spalin mieszała się ze słodkim niczym miód aromatem naleśników z budki na końcu ulicy. Mimo wszystko tęskniła za domem... O jakże chciała znaleźć się w nim z powrotem. Życie za czasów Valentine'a wydawało się bardziej atrakcyjne niż to teraz. Miała wtedy chłopaka, który ją kochał oraz, mimo że żyła ze świadomością zdradzającego matkę ojca, wiedziała, iż ten kocha ją i Aleca... A teraz? Teraz wydawał się kimś obcym. Spełniał wszystkie swoje ambicje ich kosztem. Miłością darzył jedynie swoje stanowisko oraz ewentualnie kochankę, jednak ta druga także była wątpliwa.
- Przez ten zapach nabrałam ochoty na naleśniki - westchnęła idąca koło niej Maia. 
   Wilkołaczka zadzwoniła do niej z samego rana, proponując spotkanie. Izzy nie mogła się nie zgodzić - ewentualna odmowa spowodowałaby zamach na jej życie, które mimo wszelkich niedogodności lubiła. 
- Może byśmy zjadły? - zapytała z nadzieją. 
   Iz spojrzała w stronę źródła rozchodzącej się woni. 
- Dlaczego nie? - Wzruszyła ramionami. - Ale jesteś pewna, że chcesz stać w tamtej kolejce? 
- Jakiej ko...? - Na widok długiego łańcucha ludzi ciemna skóra dziewczyny wydała się bledsza. - Może lepiej pójdźmy do parku - zaproponowała zamiast tego.
- Okej - zgodziła się Izzy. 
   Całą drogę milczała. Podziwiała Nowy Jork dniem - jego wysokie, szklane budynki i jeżdżące ulicami żółte taksówki. Uszy wyłapywały tak typowe dla tego miasta dźwięki - trąbienie samochodów, śmiechy dzieci oraz rozmowy przechodniów. Tęskniła za tym miejscem. Wyjeżdżając zostawili wielka aglomeracje za sobą. Ojciec nie miał w planach powrotu. Wczorajszego wieczoru była tutaj po raz pierwszy od kilku miesięcy. 
   Weszły na ścieżkę prowadzącą do parku, jednak nie był on w stanie swojej największej świetności. Ta bywała podczas pory letniej, teraz tą mieli już dawno za sobą. Był październik. Niezbyt przyjemny pogodowo, lecz jak kolorowy. 
- Jak Alec? - spytała nagle Maia. 
   Isabelle potrzebowała chwili, aby zorientować się, o czym mówi dziewczyna.
- Nie najlepiej - oznajmiła. - Rozmawiał z matką. Ona ma plan, jednak oboje nie wiemy jaki. Na razie ma udawać zgadzającego się na pomysły ojca - westchnęła. - Tylko boję się, że ten może coś podejrzewać. Wiesz, nagła zmiana zachowania nie jest czymś normalnym, ale mam nadzieję, że dostrzeże w tym jedynie strach o życie Magnusa. - Dziękowała losowi za przyjaciółkę. Tylko jej mogła się ze wszystkiego wypowiadać. Była jeszcze Clary, lecz ta w czasie obecnym była zbyt zafrasowana ślubem i swoimi problemami. Izzy nie chciała jej dodatkowo stresować.
- Kiedy poznałam waszego ojca, wydawał się przerażający. Wiesz, o co mi chodzi... Jak to ojcowie, surowy i wymagający, ale teraz, bez obrazy oczywiście, mam wrażenie, że przeważa w nim jakaś psychopatyczna część. - Popatrzyła z obawą na Isabelle, jednak ta tylko uśmiechnęła się blado. 
- A myślisz, że ja nie mam takiego wrażenia? - Wzruszyła ramionami. - Może jest to spowodowane wysokim stanowiskiem, a może to kryzys wieku średniego, jednak nic nie daje mu prawa do takiego postępowania - powiedziała twardo. 
-  Z grzeczności nie zaprzeczę - zreasumowała Wilczyca. - Więc... - Nie dane jej było dokończyć myśli. 
-  Maia! - Naprzeciw wybiegł im Luke. Jego kędzierzawa czupryna powiewała z wiatrem, a okulary zsunęły się ku samemu czubkowi nosa. Wydawał się wyraźnie zdenerwowany. Zwykle spokojna twarz kipiała złością. 
-  Luke? - zapytała zaskoczona Wilczyca. - Co się stało?  
-  Robert - powiedział, spoglądając na Izzy zmieszany. - Przepraszam cię, Isabelle, jednak twój ojciec przekracza wszelkie granice. Wczoraj, kiedy cię nie było, wrobił Bata w zabójstwo. - Tym razem zwrócił się w stronę drugiej dziewczyny. - Był wtedy ze mną. Chciałem być świadkiem w sprawie, ale uważają, że próbuję bronić jednego ze swoich. Stado jest zdenerwowane. Musisz mi pomóc. 
   Serce młodej Nephilim zabiło szybciej. Czy jej ojciec naprawdę posunąłby się do czegoś takiego? Jej umysł próbował to odrzucić, aczkolwiek ostatnie wydarzenia mówiły same za siebie. Robert oszalał.
- Mogę pójść z wami? - zapytała. - Jeżeli mogę pomóc w jakiejkolwiek kwestii, chcę to zrobić. 
   Luke wpatrzył się w nią że współczuciem. 
- Isabelle, nie możesz... Wiem, że czyny twojego ojca nie są twoimi, lecz stado nie zareagowałoby entuzjastycznie na pojawienie się z nami córki Inkwizytora- skwitował. 
Izzy wiedziała, o co mu chodzi. Sama by tak postąpiła. 
- Ale kiedy tylko będzie potrzebna pomoc, obiecuję, że wezmę pod uwagę twoją kandydaturę. - Uśmiechnął się i po ojcowsku poklepał ją po ramieniu. - Musimy iść - zwrócił się w stronę Mai.
♥♥♥
   Magnus stał koło muru odgradzającego go od hinduskiego Instytutu. Błękitnoczarne niebo pokryte było jedynie pojedynczymi chmurkami. Spojrzał na zegarek, którego brokatowe wskazówki mieniły się w świetle rzucanym przez miliony jasnych gwiazd. Druga trzydzieści jeden... Czy Rishi się spóźniał? A może młody Bhaduri działa tak naprawdę pod rozkazami ojca?  Wątpliwości zaczęły brać nad nim górę. Nie wiedział, co robić... Jeżeli druga koncepcja okaże się prawdziwa, zostanie osądzony o zdradę. Druga trzydzieści pięć... Gdzie ten Nephilim? Cholera jasna! Jeszcze chwila. Poczeka. Nie... Druga czterdzieści... Nie może czekać. Za długo to trwa. Rozejrzawszy się, zaczął iść w stronę centrum miasta. 
- Czarowniku! - usłyszał głos, jednak zbyt lekki, aby mógłby być tym wydawanym przez dorosłych mężczyzn. 
   Odwrócił się. Rishi Bhaduri. 
- Niech cię szlag trafi! - szepnął głośno Magnus. - Co tak długo? 
- Musiałem przedrzeć się przez korytarz koło sypialni rodziców. Nie było to łatwe. - Jego twarz przybrała zbolałego wyrazu. 
   Czarownik prychnął.
- Nie mogłeś nałożyć na siebie run?  
- Zrobiłem to, ale na korytarze nałożone są dodatkowe środki ochronne. W końcu w piwnicach trzymamy wampira - wytłumaczył.
   Magnus westchnął. Przezorność Nephilim była naprawdę zadziwiająca.
- W takim razie możemy już iść i mieć to za sobą? 
   Grdyka młodego Nocnego Łowcy poruszyła się. Pokiwał głową. 
- Tamtędy - powiedział, po czym pobiegł we wskazany przez siebie kierunek. 
   Magnus zrobił to samo. 
   Ogród pachniał słodką wonią różnych gatunków kwiatów, jednak nie można było powiedzieć tego o pomieszczeniu, do którego się udali. Ukryte było ono za drewnianymi schodami w tylnej części domu. Rishi podszedł do metalowej półki, stojącej w rogu pokoju. Leżały na niej próbki z jakimiś chemikaliami. 
- Co to za płyny? - zapytał zaciekawiony. 
    Chłopak spojrzał na niego. Minę miał jakby smutniejszą. 
- Trutki na Podziemnych - odpowiedział. 
- Po co wam...? - Jednak znał odpowiedź na niedokończone pytanie. 
- Kiedy któreś z was złamie Przymierze... Po prostu tak łatwiej was zabić. Nie trzeba się męczyć. Wstrzykuje się je w wasze żyły. To jest na wampiry. - Wskazał na probówkę z żółtą cieczą.- Jeżeli nie chcemy, aby mój ojciec użył tego na twoim przyjacielu, musimy się pospieszyć.
   Niczym Magnus zdążył zaprotestować, że to wcale nie jest jego przyjaciel, półka zaczęła się obracać, otwierając przejście.
- To najszybsza droga od tej strony budynku - poinformował go Nephilim. - A zarazem możemy być pewni, że nikt nas nie nakryje. 
   Magnus ruszył ku otworowi w ścianie. 
- Pospieszmy się - powiedział. 
   Szli ciemnym przejściem. Zapach stęchlizny był nie do wytrzymania. Co dziwne, mimo tego, że na zewnątrz panowała wysoka temperatura, tutaj zrównała się ona z dziesięcioma stopniami Celsjusza. Skręcili w lewo i zeszli po kamiennych schodach. Piwnice musiały być najstarszą i nigdy nie odnawianą częścią Instytutu. Roiło się tutaj od pajęczyn oraz kurzu. Kiedy minęli kolejne skrzyżowanie korytarzy, Magnus poczuł, że zna to miejsce. I rzeczywiście tak było. Kilka metrów dalej znajdowała się cela Vlada.
- Chodźmy! - Pobiegł w tamtą stronę. Jego kroki rozległy się echem. 
  Rishi otworzył stalowe drzwi. Czarownik nie miał czasu, ani ochoty pytać skąd wziął klucz. Ukazał  im się przygnębiający obraz. Wampir była skraju wytrzymałości fizycznej. Przymrużone niebieskie oczy wpatrywały się w nich zmęczenie. 
- Jednak ci się udało, Bane... - wychrypiał, po czym zaczął się krztusić. 
- Co mu jest? - Rishi wydawał się być przerażony tym widokiem. 
   Magnus zrobił niezadowoloną minę. 
- Nie karmili go. Potrzebuje krwi - rzekł. Jeśli wampir nie da rady iść o własnych siłach, nie mają szans na ucieczkę. 
- Mogę mu pomóc. Może napić się mojej. - Chłopak najwyraźniej czytał w jego myślach. 
- Nie... Nie, dam radę. - Vlad był wyraźnie osłabiony, jednak Magnus podjął już decyzję. 
- Jesteś pewien? - upewnił się. 
   Młody Nephilim powoli kiwnął głową i podszedł ku wampirowi. Zmieszany Vlad początkowo nie widział, co robić, lecz pochwali wyciągnął dłonie i ujął kark chłopaka, po czym zatopił zęby w jego ciemnej skórze. Czarownik odczekał chwilę. 
- Wystarczy - powiedział. 
   Wampir puścił chłopaka. Z jego ust popłynęła strużka krwi.
- Dziękuję. - Głos miał już silniejszy. 
   Rishi wyjął serafickie ostrze, a następnie przeciął nimi kajdany mężczyzny. Rozległ się potężny ryk. Popatrzyli się na siebie zaskoczeni. Najwyraźniej rozkucie Dziecka Nocy uruchomiło alarm. 
- Zatrzymam ich - powiedział Nephilim. - Ty otwórz bramę i uciekajcie. 
- Ale twój ojciec... - zaczął Magnus. 
- Nic mi nie będzie. Musicie uciekać... Jak wyjdę otwórz bramę i uciekajcie! - wykrzyczał, kiedy alarm rozległ się ponownie. Chłopak najwyraźniej był pewien swoich słów. 
   Czarownik przypatrzył się mu badawczo. Czy będzie miał późnej wyrzuty sumienia? Nie było czasu się nad tym teraz jednak zastanawiać. 
- Dobrze - zgodził się. 
   Nocny Łowca wybiegł z pomieszczenia. Magnus zamknął oczy i uniósł przed siebie ręce. Z jego palców powoli zaczęły wyłaniać się fioletowe iskry, a zaraz potem całe jego dłonie pokrywało światło o tym samym lawendowym kolorze. Otworzył przejście. Z korytarza rozległ się mrożący krew w żyłach krzyk. Czarownik spojrzał na Vlada. Ruchem głowy nakazał mu przejście przez bramę. Wydawał się spokojny, jednak jego serce biło jak oszalałe. Nabrał powietrza w płuca. Jeżeli chłopakowi coś się stało, tylko on może czuć się winny. Przełknął zalegającą mu w ustach ślinę jakby czyn ten miał jego uśmierzyć strach, a następnie wszedł w portal.
- Magnusie Bane! Jesteś oskarżony o zdradę! Nie ukryjesz się! - usłyszał znikając głos Aady.

5 komentarzy:

  1. Doszła wczoraj korekta? Tak pytam, bo nie widzę odzewu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak :D przepraszam za nieodpisanie, ale robiłam to późno i jakimś cudem zapomniałam :( tak czy inaczej: bardzo, bardzo dziękuję <3

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy rozdział.
    Teraz wyjaśnia się, dlaczego Robert jest taki szalony. Jakby nie inaczej, Valentine znów sieje postrach! I aż przeraża mnie fakt, że Robert został tak opętany, że wyjdzie z tego cało i zdrowo :(
    Mam nadzieję, że plan Maryse wypali, bo nie wiem na jak długo Alec będzie udawał, że Magnus się dla niego nie liczy. Nie wiem, na ile zdoła wytrzymać, skoro dowiedział się, że Czarownik jest w niebezpieczeństwie.
    Oczywiście perspektywa Magnusa w Indiach najbardziej mi się spodobała z tego rozdziału. Dużo się działo i w ogóle... czytając o tym, że Nocni Łowce w Indiach jedzą wołowinę, to przypomniały mi się słowa z serialu "The Big Bang Theory", gdzie hindus martwił się, że odeślą go do Indii - trzymając hamburgera w ręku, powiedział: "Och, jak ja będę za tym tęsknił." xD
    Ale wracając:
    Mam nadzieję, że Rishi nie będzie miał kłopotów, przez to, że pomógł w ucieczce więźnia. Taki dobry z niego chłopak :)
    I Magnus poszukiwany! Ach, ile się dzieje ;)

    Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Epizod Indyjski to jeden z moich ulubionych :D Będzie się działo jeszcze więcej, mogę cie zapewnić. Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Zostałeś/aś nominowana do LBA!!!
    Więcej informacji na http://dont-be-scared-shadowhunters.blogspot.com/2016/05/lba.html

    OdpowiedzUsuń


Skomentuj - to nic nie kosztuje, a może nas bardzo zmotywować do działania.

Lydia Land of Grafic, arts by taratjah