środa, 20 kwietnia 2016

Malec - Szklany Pantofelek: Rozdział 2

Coco Deer:
Witam Was wszystkich ponownie wraz z nadejściem kolejnego rozdziału! Wraz z Lelo pragniemy przeprosić za wszelkie niedogodności, które w ostateczności spowodowały usunięcie poprzedniej wersji tego posta. Było to spowodowane nowym szablonem. Wersja obecnie dostępna, jest wersją wypełnioną błędami, które jednak poprawimy najszybciej jak to możliwe. Ustosunkowując się do komentarzy pod rozdziałem 1, chciałabym bardzo podziękować za tak pozytywne opinie i ostrzec, że postanowiłyśmy trochę namieszać z postacią Simona (mam nadzieję, że nas za to nie zabijecie i nie będziemy musiały z tego powodu uciekać aż do Ameryki Południowej), ale w jaki sposób dowiecie się za kilka rozdziałów :)

Lelo:
W wyniku zmiany szablonu oba rozdziały Maleca zostały tajemniczo "ocenzurowane" czyli niezdatne do czytania. Jesteśmy obecnie w trakcie poprawy wszystkich błędów z tym związanych, dlatego tekst znajdujący się poniżej zawiera więcej błędów niż przewiduje ustawa, jednak jest to naprawiane na bieżąco. Przepraszamy za niedogodności. 
Dziękujemy za tak ciepłe przyjęcie pierwszego rozdziału i wspaniały komentarz Dusi pod tamtą wersją rozdziału 2, która wlała nadzieję w nasze małe serduszka. Zapraszamy do lektury drugiego :) Pisanie go było naprawdę ciekawym doświadczeniem, ponieważ pierwszy raz wprowadziłyśmy wątki, które nie miały miejsca w pierwotnej wersji. 
Do zobaczenia w przyszłą sobotę! Miłej lektury! 

   Chłód ostatniego dnia października ogarnął całe Alicante, dodatkowo zalewając je strugami deszczu. Niebiańskie łzy wygrywały symfonię na dachach i szybach idryskich domów. Atmosfera mimo to pozostawała martwa. Opustoszałe ulice, którymi nie przechadzał się nawet wiatr wyglądały jak z dziewiętnastowiecznego dreszczowca. Taki widok roztaczał się za oknem willi Herondale. W środku z kolei oświetlone magicznymi kamieniami sale wypełniało przyjemne ciepło. Jace siedział na beżowej kanapie. Ubrany w skórzaną kurtkę i szary podkoszulek, których nie zdjął po przekroczeniu progu, ze skupioną miną wpatrywał się w poturbowane ramię towarzysza. W lewej dłoni dzierżył stelę, którą powoli rysował iratze. Zazwyczaj robił to błyskawicznie, przy użyciu szybkich ruchów nadgarstka. Tym razem jednak specjalnie przeciągał czynność. Simon, który dopiero niedawno został prawdziwym Nocnym Łowcą, nie był jeszcze przyzwyczajony do run. Im częściej Nephilim nakładał je na siebie, tym stopniowo zmniejszał się ból z tym związany.
   Dlatego tak bardzo przykładał się do tej prozaicznej czynności. Chciał, żeby Lewis dostał nauczkę. Należało mu się. O ile ich wzajemne stosunki można było jeszcze miesiąc wcześniej uznać za stabilną normę i coś pomiędzy szacunkiem, a przyjaźnią, tak w ciągu kilkunastu dni przerodziły się w chłodną wrogość.
   Zachowanie ekswampira zmieniło się diametralnie. Stopniowo narastał jego konflikt z Isabelle, odcinał się od kontaktów z Clary. Wszyscy sądzili, że to z powodu przemiany w Nephilim. „Chce wszystkim udowodnić, że jest równie dobry. Nie chce, żebyśmy go traktowali jak Przyziemnego lub wampira” – powtarzała Łowczyni, gdy odrzucał kolejne jej telefony, lub gdy Izzy wracała wściekła z randek.
   Simon wykrzywiał zbolałą minę, odwracając wzrok w stronę burzowego krajobrazu. Oprócz zwichniętego ramienia, Alec zdołał podbić mu oko, które powoli zmieniało kolor na fioletowy.
- Jak udaje się wam tak dobrze dogadywać z Clary? – zapytał nagle zaciskając zęby, gdy Jace wykonywał ostatnie pociągnięcie stelą.
- Gotowe.  Jeśli zrywanie zaręczyn z powodu obrączek i gigantyczna kłótnia to „dogadywanie się” to rozumiem, czemu nie wyszło wam z Isabelle. Wydaje mi się, że się dopełniamy w pewnym stopniu. Ja jestem przystojny, inteligentny, wysportowany i utalentowany, a ona… Cóż, ona jest – odparł uśmiechając się blondyn.
   Były to pierwsze zdania, które zamienił z Simonem od dawna, a które przypominały rozmowę.
- Ja chciałem… - zaczął, niepewnie patrząc się w stronę Nephilim.
   Brązowe oczy błyszczały, wypełnione niepewnością. Widać było, że chłopak toczy ze sobą mentalny konflikt. Gdy jednak natrafił wzrokiem na złote tęczówki natychmiast przybrał wyraz determinacji.
- Muszę już iść – powiedział po krótkiej chwili milczenia.
   Jace uniósł brew w niemym pytaniu. Chyba właśnie był świadkiem przegranej Lewisa z samym sobą. Odwrócił się od niechcenia przez ramię.
- Nie mam zamiaru tłumaczyć się Clarissie, dlatego pozwoliłem ci odejść w taką pogodę. Nie mam też zamiaru cię niańczyć – rzucił krótko, zmierzając w stronę korytarza. – Znajdź sobie zajęcie lub piorunochron – dodał, zamykając za sobą drzwi. 

♥♥♥
 
    Na nowojorskich ulicach panował zwyczajny dla siebie gwar. Słońce skryte było za grubą warstwą ciemnoszarych chmur. Krople deszczu spływały po szybach jednego z brooklyńskich apartamentów, W wykwintnym, bordowym fotelu z nogą założoną na nogę, popijając przy tym czerwone wino, siedział zadowolony z siebie Magnus Bane. Znalazł to, czego szukał. 
   Dziewczyna miała na imię Nita, a jej ojciec zginął zaledwie przed kilkoma miesiącami. Czarownik niegdyś miał okazję poznać tego człowieka. Antonio Lucio Ybarra był wyjątkowym Nephilim i nie chodzi tutaj o zdolności w walce. Rzadko bowiem znajdywali się tacy, którzy buntowali się przeciwko normom wyznaczanym przez społeczeństwo, poślubiając Podziemnego. On jako jeden z niewielu tego dokonał. A teraz Magnus musi jakoś wzbogacić życie jego córki. Jednak jak tego dokona? Czego mogła pragnąć osiemnastolatka? Wejście w dorosłość jest wyjątkowym czasem, dlatego jego prezent musi być czymś nadzwyczajnym. Czymś, co dziewczyna zapamięta do końca swoich dni. Czymś, dzięki czemu on, Magnus Bane, sprawdzi się jako najlepsza na całym globie Wróżka Chrzestna.
   Zegar wybił siódmą rano. Dla człowieka, który nie spał całą noc, był to niezwykle irytujący dźwięk. Jak mógł przesiedzieć nad tym całą noc? Od kiedy zaczął tak bardzo poświęcać się dla ludzkości? Cóż... To córka Sonji. Ze względu na stare przyjaźnie warto się poświęcić. Niegdyś zaciągnął u niej niemały dług, a teraz nadszedł czas na jego spłatę. Wstał i udał się w stronę sypialni. Pomieszczenie to było pełne przepychu, zresztą jak każde w tym mieszkaniu. Wzorzyste, wyszywane przed trzystu laty przez najlepszych azjatyckich fachowców, dywany ozdabiały ciemnobrązową podłogę. Na środku stało potężne łoże, a dziesiątki leżących na nim poduszek sprawiały, że każdy, kto tylko je ujrzał, miał ochotę zapaść w najdłuższy sen życia. Czarownik wolnym krokiem podszedł w tamtą stronę. Położył się, a następnie przykrył  flanelową pościelą. Zamknął oczy.  Sny tego dnia wyjątkowo go rozpieszczały.
 
♥♥♥
 
    Alexander pędził przez ulice Alicante z zawrotną prędkością, nawet jak na Nocnego Łowcę. Przypadkowo utknął pod dachem na prawie trzy godziny, chroniąc się przed deszczem. Było to wyjątkowo niefortunne zdarzenie, ale Robert Lightwood od dawna nie grzeszył wyrozumiałością. Przekroczywszy bramę, wbiegł na marmurowe schody, a następnie przeszedł przez dębowe drzwi. Zatrzymał się dopiero w bibliotece, w której czekał na niego ojciec.
   Inkwizytor siedział na karmazynowej kanapie. Ubrany był w klasyczny elegancki garnitur w kolorze czarnym. Na jego szyi widniały blizny po runach, od dawna nieużywanych. W dłoniach trzymał gruby tom pewnej księgi o niezidentyfikowanym tytule, którą czytał z wielkim skupieniem. Dopiero echo kroków na posadzce sprawiło, że oderwał się od lektury i spojrzał w stronę wchodzącego syna.
- Spóźniłeś się - powiedział krótko. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, podobnie jak ton głosu.
- Przepraszam - odparł spokojnie Alec. Starał się nie okazywać strachu. Jego spóźnienie było celowe. Oczywiste, że mógł po prostu wrócić, nie bacząc na pogodę. Był Nocnym Łowcą i coś tak przyziemnego jak deszcz nie było wystarczającą przeszkodą, aby zatrzymać go na tak długo. Jednakże nie chciał wracać, postanowił wykorzystywać każdy pretekst, żeby wyrwać się spod klosza, jaki nakładał na niego ojciec.
- Nie szkodzi. Chodź za mną - odpowiedział Robert, wskazując drzwi.
   Podążył za Inkwizytorem wpierw schodami w górę, potem zaś korytarzem w lewo. Była to droga prowadząca do sali treningowej. Alec jednak nie zastał tam niczego, co mogło być przydatne w ćwiczeniach Nocnego Łowcy.
Pomieszczenie zostało opróżnione i przyozdobione. Bez całej broni i sprzętu jego powierzchnia wydawała się dwukrotne większa. Ściany przyozdobione zostały kwiatami, a na podwyższeniu stały instrumenty przygotowane dla orkiestry.
- Podoba ci się? – zapytał starszy z Lightwoodów,  uśmiechając się ironicznie starszy z Lightwoodów.
- Nie sądzę, że moja aprobata lub dezaprobata cokolwiek zmieni - odparł zrezygnowany Nephilim.
- Masz stuprocentową rację, mój inteligentny synu. - Robert spojrzał na Aleca. W jego oczach widać było iskierki podniecenia. - Już wkrótce znajdziesz sobie narzeczoną. Pobierzecie się, a ona urodzi twoje dzieci. Dziedzice rodu Lightwoodów będą najpotężniejszymi Nocnymi Łowcami, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi. Jestem tego pewien.
- Naprawdę oszalałeś. Kompletnie straciłeś rozum - odpowiedział zaszokowany. - Nigdy, nie będzie żadnych dzieci. Zapomnij o tym. Nie zrobiłbym tego sobie, Magnusowi ani tej biednej kobiecie, która będzie musiała być moją żoną.
- Myślisz, że masz jakiekolwiek zdanie w tej kwestii? - Inkwizytor chwycił syna za łokieć. – Zrobisz, co ci rozkażę. Myślisz, że z jakiego powodu organizuję ten cały bal? Po co zadaję sobie trud znalezienia dla ciebie żony? Musisz zapewnić przetrwanie rodu. To krew z twojej krwi będzie wystarczająco silna, żeby ostatecznie zakończyć tę odwieczną wojnę. Jesteś jednym z najpotężniejszych Nephilim.
- O czym ty bredzisz? Zostaw mnie. - Alec wyrwał się z uścisku Roberta i spojrzał na niego z przerażeniem.
- Nie próbuj się stawiać. Moja obietnica jest nadal aktualna. - Inkwizytor podążył w stronę drzwi. - Wiem także, co zaszło wczoraj – dodał, zamykając je za sobą.
   Serce Aleca stanęło na ułamek sekundy. Jak to możliwe? Co się teraz stanie? Nie wiedział, co zrobić. Stał przez chwilę, bijąc się z myślami, po czym udał się do swojego podziewczyn.dł  przy przy biurku i oparłszy się na łokciach, schował twarz w dłoniach. Siedział tak przez chwilę, oddychając głęboko, żeby uspokoić przyspieszone tętno.
Wyciągnął z szuflady kartkę papieru i zaczął pisać:

Najdroższy! 

   Nie wiem, jak mam Ci przekazaćtoco jestem zmuszony powiedzieć. Kocham Cię nad życie. Jesteś jedynym sensem mojego istnienia. Każdego dnia, którego Cię nie widzę, umieram z tęsknoty. Moje życie bez Ciebie jest koszmarem... Jednakże nie tylko z powodu twojej absencji. 
Ukochany Magnusie, jedyna miłości mojego życia. Żenię się. 
Całym swoim istnieniem cierpię, pisząc to, ale to koniec. Nie próbuj się ze mną kontaktować. Nie zjawiaj się więcej w willi, ani w pobliżu mojej osoby. 

Alexander 

    Ojciec powinien być usatysfakcjonowany tą wiadomością. Chociaż Alec zdradzał w niej część swoich uczuć, powinna zadowolić Inkwizytora. Musiała przecież brzmieć naturalnie. Sięgnął po stelę i dopisał jeszcze fragment, który zaraz zniknął, lecz dla Czarownika powinien pozostać czytelny:

Central Park, 20, piątek. A.
 
♥♥♥

   Dzień Nity nie przebiegał najlepiej. Nie tylko ze względu na wczorajszą, wieczorną kłótnię z macochą. Ten dzień miała zapełniony obowiązkami. Tym czasem ostatnie trzy godziny spędziła, unikając deszczu pod dachem jednego z miejskich marketów. Z pozoru wyglądało to tragicznie. Trzy godziny, podczas których mogła się uporać z zadaniami przepadły w strugach ulewy. Jednak istniały pewne jasne strony całej sytuacji. Spotkała niejakiego Alexandra Lightwooda.
   Alec wydawał się jej interesującym mężczyzną. Rozmawiali jedynie przez kilka godzin, ale wydawało się, jakby znali się dużo wcześniej. Zaufała mu a on jej, do tego stopnia, że pod koniec konwersacji oboje żalili się sobie wzajemnie w sprawach życia osobistego.
   Żadne z nich nie miało łatwo, apodyktyczni opiekunowie, od których nie mogli uciec, żniwa minionej wojny, która odebrała im bliskich…
- Auć. - Dziewczyna w zamyśleniu ukłuła się w palec. Szyła właśnie suknie dla jednej z przyrodnich sióstr. Wybierały się na bal inkwizytora, o którym rozmawiała z nowopoznanym Nephilim. Był to bal na cześć Aleca i jego siostry, jednak jego głównym celem było znalezienie żony dla najstarszego z Lightwoodów.
   Nita była zdolną krawcową.       Szycie było jednym z jej hobby, których nauczyła ją jeszcze matka. Kochała tworzyć własne kreacje dla lalek, a potem nawet ubrania dla siebie. Stroje Nocnych Łowców były w większości monotematyczne i nudne. Wszyscy Nephilim wyglądali, jakby wyszli z koncertu metalowego. Jednak odrobina kreatywności była w stanie nadać strojowi zupełnie inny charakter, nie pozbawiając go jego zalet: wygody, praktyczności i efektu kamuflażu. Jednak dziewczyna od dawna nie miała okazji założyć ukochanych uniformów. Od kilku miesięcy jej domem było Alicante, gdzie demony nie miały dostępu, toteż stroje wisiały nietknięte w szafie, gdzieś w zakamarkach barcelońskiego Instytutu.
Suknia była wymagającym dziełem. Zwłaszcza, jeśli miała wyglądać tak, jak zażyczyła sobie Gracia: „Kanarkowa, drapowana, z mnóstwem falbanek, bufkami, seksowym dekoltem i koronką. Muszę wyglądać fantastycznie. Podobno syn Inkwizytora jest bardzo przystojny. A nawet, jeśli nie jego, to mam olśnić wszystkich mężczyzn, którzy tam będą. Wszyscy najważniejsi Nephilim albo ich synowie. Na milion procent znajdę tam odpowiedniego męża!”. 
    Szycie jednej sukni zajęłoby akurat tyle czasu, ile spędziła pod dachem, teraz jednak wisiało nad nią widmo sześciu godzin z igłą w ręku, w końcu Valencia poleciła jej uszyć identyczną, z tą różnicą, że różową. Jednak to zajęcie sprawiało jej pewną przyjemność, w przeciwieństwie do tysiąca innych, które dostawała od Andory zazwyczaj. Suknie zwalniały ją od wszystkich innych prac, dlatego dziękowała w myślach Razjelowi za ten bal. Z drugiej jednak strony współczuła Alecowi.
Zostać zmuszonym do małżeństwa? W obecnych czasach jest to kompletnie abstrakcyjne, ale nawet dawniej mężczyzna raczej sam wybierał sobie żonę. Nie ważne czy z miłości czy z rozsądku, wybór należał do niego. Według prawa Nephilim jak i Przyziemnych coś takiego było nielegalne, jednak osobą, która była prowodyrem tej sytuacji, był najwyższy sędzia Nocnych Łowców.
   Rozważania przerwał Nicie odgłos otwierających się drzwi.
- Widzę, że jednak się postarałaś. Tylko czemu tak wolno? Muszę jak najprędzej mieć gotową suknię – powiedziała Valencia, wchodząc.
- A gdzie jest moja?! Powinnaś była ją dawno skończyć! Dlaczego jej robisz, jako pierwszą? Przecież muszę mieć pewność, że będzie idealna, bo jak nie będziesz musiała uszyć inną – wykrzyczała Gracia piskliwym głosem przywodzącym na myśl miauczenie kota.
- Jestem starsza. Oczywiste, że mnie, jako pierwszej należy się suknia – odparła córka Andory.
- Nie obchodzi mnie to, że jesteś starsza! Ta brudna Podziemna ma uszyć mój strój! – krzyknęła młodsza, wyrywając materiał z rąk Nity, która ignorowała kłótnię przyrodnich sióstr.
- Gracia, odpuść. Dostaniesz ją jeszcze dzisiaj – odparła zrezygnowana Nita, chwytając dziewczynę za łokieć.
- Nie waż się do mnie odzywać, ty bękarcie! Twoja matka czarami uwiodła szlachetnego Nocnego Łowcę! Nie jesteś godna być jego dziedziczką, ani zwracać się do mnie po imieniu, mieszańcu! – Grace, jak zwykła zwracać się do niej matka, zrzuciła rękę Ybarry i spojrzała na nią z obrzydzeniem.
- Powinnaś być wdzięczna, że Andora pozwala ci z mieszkać z nami. Powinnaś mieszkać w budzie, jak pies, którym w końcu jesteś, wilczyco. Gdyby nie to, że jesteś użyteczna, dawno by się ciebie pozbyła – dodała Valencia, odbierając siostrze strój i wręczając go Nicie – Pospiesz się, mają być gotowe dzisiaj. Obie.
   Dziewczyny obrzuciły ją jeszcze pogardliwym spojrzeniem i wyszły, trzaskając drzwiami.
Nita stała przez chwilę, zaciskając pięści. W furii wbijała paznokcie w dłoń, dopiero, gdy poczuła krew, rozluźniła dłonie. Nienawidziła swojego życia, swoich sióstr, macochy i swojej bezsilności. Spojrzała w sufit i wzięła głęboki oddech. Wyciągnęła stelę i szybko narysowała iratze.
- Przecież nie mogę pozwolić, żeby suknie poplamione były krwią.

♥♥♥
 
   Magnus Bane z bólem otworzył oczy. Sny tego dnia były cudowne. Zdecydowanie wolałby pozostać w tamtej rzeczywistości. Ta zanadto go przytłaczała. Ziewnął, przewrócił się na drugi bok i dotknął dłonią drugiego końca łóżka. Nawet teraz nie umiał wyzbyć się tego odruchu. Puste miejsce do teraz stawało się przyczyną jego ogromnego smutku. Na początku myślał, że to koszmar, z którego zaraz mu dane będzie się zbudzić, lecz teraz powoli uświadamiał sobie prawdę - gorzką jak owoc grejpfruta. Powoli zwlókł się z łóżka. Co oni sobie myśleli? Związki Nephilim i Podziemnych rzadko kończyły się dobrze. Magnus czuł się, jakby przeznaczenie buntowało się przeciwko niemu. Poszedł w stronę kuchni. Głowa bolała go niemiłosiernie. Ostatnimi czasy ugrzązł w problemach, a jedynym ratunkiem wydawał się cierpki smak whisky. Sięgnął drzwiczek lodówki i otworzył je, po czym wyjął kefir i napił się. Od razu lepiej... Napój ten posiadał niezwykle przyjemny i orzeźwiający smak, co w przypadku kaca było właściwością nadrzędną. Wystrój salonu przypominał tego dnia antyczne czasy. Białe sofy, kremowe ściany i ozdabiających ściany jasne kolumnady dodawały wnętrzu harmonii, w tej chwili tak bardzo potrzebnej w życiu czarownika. Taka kolorystyka oraz przestronność pomieszczenia pozwalały mu uspokoić emocje, które od pewnego czasu szargały jego umysłem. Spojrzał na leżącego w kącie Prezesa Miau. Kot leniwie czyścił językiem swe białe futerko.    Magnus popatrzył na niego z politowaniem.
- Zostaliśmy tylko ty i ja, kolego - mruknął. - Mógłbyś więc dokonywać porannej toalety w jakimś bardziej ustronnym miejscu - powiedział, po czym poszedł do łazienki. Zimny prysznic powinien pomóc poukładać mu splątane myśli.

♥♥♥

   Alexander Lightwood siedział w ciemnobrązowym, skórzanym fotelu, stojącym nieopodal mahoniowego biurka w gabinecie Inkwizytora. Pomieszczenie to jak na gust chłopaka było zbyt obszerne. Sięgające sufitu regały, zasłaniały szkarłatną barwę jednej za ścian, a kawowy dywan ozdabiał nagą w innych miejscach podłogę. Czekał na przybycie ojca. Po co go tu wezwał? Czy nie zniszczył mu już dostatecznie życia? Bądź, co bądź, prawdopodobnie niedługo poślubi jakąś obcą kobietę, której z pewnością nigdy nie pokocha. Wszystko to za sprawą do niedawna bardzo bliskiej mu osoby - Roberta Lightwooda. Czekanie dłużyło mu się tym bardziej z powodu listu napisanego wczorajszego wieczoru. Miał nadzieję, że jego podstęp osiągnie sukces. Musiał widzieć się z Magnusem, wyjaśnić mu to wszystko i prosić o pomoc. 
   Minuty płynęły, a umówiony czas spotkania już dawno minął. Czyżby jego rodziciel nie zamierzał się zjawić? Nieco abstrakcyjna myśl... W życiu mężczyzny bowiem rzadkie były wszelkie spóźnienia czy nieobecności. Ale może jednak... Może coś mu się stało? Alec nienawidził się za to poczucie ulgi, które doświadczyłby w takiej chwili, lecz wiedział jedno - Robert Lightwood sprzed kilku lat już nie istniał. Był jedynie marnym odzwierciedleniem wspomnienia.   Wspomnienia, które najprawdopodobniej nie urzeczywistni się nigdy więcej. 
   Znudzony Alexander wstał i zaczął przeglądać leżące na regałach książki. Było ich wiele: zaczynając od tytułów napisanych przez Przyziemnych po najważniejszą dla Nephilim: Szarą Księgę. Sięgnął ku niej swoją ręką i otworzył na losowej stronie.
 - Iratze, runa uzdrawiająca... - przeczytał. - Szybkość, zręczność, odwaga... - Stare karty szeleściły przy jego każdym ruchu. - Kłamstwo... - wyszeptał. Nie widział o istnieniu czegoś takiego. Runa tworzyła koło, które przecinał szereg linii. Wizualnie nie przypomniała mu niczego, z czym kiedykolwiek mógłby mieć styczność. Niepokoiło go to. Nieznana runa? Jakim cudem komuś udało się trzymać ją w tajemnicy? Została jednak ona przedstawiona bez jakiegokolwiek opisu, toteż jej działanie pozostało dla niego tajemnicą.
    Niezbyt pocieszająca jak na sobotnie popołudnie myśl. Ciszę nadającą tej chwili złowieszczego wyrazu wypełnił odgłos hotelowego dzwonka. Alec rozejrzał się dookoła. O co...? Nagle jego oczy wyłapały przyczynę. Na powierzchni potężnego biurka leżała ostemplowana, biała koperta, zaadresowana do Inkwizytora. Chłopak chwycił ją w ręce, otworzył ją, a następnie zaczął czytać: 

Inkwizytorze!

Wszystko idzie zgodnie z planem. Jeszcze dzisiaj osobiście dostarczę zaproszenie. Pani Alvarez potwierdziła, że to jej szukaliśmy. Rada wyznaczyła termin spotkania na najbliższy piątek, jednakże Wasyl Iuchevsky pragnie osobiście porozmawiać jeszcze przed naradą. Wraz z Bethany będziemy czekać na pańskie przybycie w czwartek. D.

♥♥♥

   Nita nie lubiła jesieni. O ile jej wschód był piękny i kolorowy, tak już centrum trwania i schyłek były wręcz nie do zniesienia. Dominująca szarość, ciągły deszcz oraz nagie, obumarłe już gałęzie drzew bynajmniej nie wywoływały w niej pozytywnych odczuć, a mogła nawet stwierdzić, że działało to w nieco odwrotną stronę. Nie chodziło tutaj o żadną depresję. Młoda Ybarra miała osobowość niemalże kontrastującą się z tą niektórych melancholików. Jako Nocny Łowca działała czysto praktycznie, zawsze myślała trzeźwo. Nawet po śmierci ojca nie pragnęła zemsty. Była współwinna, więc w takiej sytuacji musiałaby zabić także samą siebie. Takie działanie nie wchodziło w rachubę. Zbyt dużo Nephilim pomarło w ostatnim czasie. 
W oddali usłyszała bicie dzwonów. Doliczyła do dwunastu. Była w drodze do domu, w rękach trzymając dosyć ciężkie zakupy. Wiatr świstał jej za uszami, a zza ciemnej chmury po raz pierwszy od dłuższego czasu wyłoniło się słońce, którego promienie mentalnie ją ogrzały. Kochała to uczucie gorąca opętujące ciało. Przypominało jej Barcelonę, miasto piękne oraz przyjemne. To właśnie tam spędziła te najszczęśliwsze jak i najgorsze chwile życia. Hiszpania była jej prawdziwym domem. 
- Witaj - odezwał się momentalnie głos za jej plecami. Znała go. 
- Możesz wreszcie przestać czaić się za mną jak jakiś gwałciciel? - zapytała, odwróciwszy się wcześniej. Czego ten facet znowu chciał? 
- Mogę - rzekł. - Ale powiedz mi, jaka w tym zabawa? - Uśmiechnął się życzliwe. Powiew wiatru splątał jego włosy, jednocześnie odsłaniając anglosaskie rysy twarzy. 
- Nie będziesz się śmiał z serafickim nożem przy gardle - żachnęła się. - Dlaczego ciągle za mną łazisz? 
   Daniel spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa. 
- Robię to zaledwie drugi raz... No, może trzeci, ale to bez znaczenia. Poza tym, na twoim miejscu bym się cieszył. - Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. - Każda tego pragnie. 
- Nie kręcą mnie psychopaci, którzy spędzają życie śledząc mnie, wybacz. 
   Podszedł w jej stronę. Odruchowo zrobiła krok w tył. 
- Może to właśnie ten czas, kiedy powinnaś zrobić wyjątek? 
- Co to? - spytała, wpatrując się jednocześnie w białą, zapieczętowaną kopertę widniejącą w ręku chłopaka. 
- Zaproszenie na bal u Inkwizytora - powiedział. – Chciałbym, żebyś się tam ze mną udała. 
Co on sobie myślał? Nie była głupia, a to nie było normalne. Coś musiało się za tym kryć. 
- Nie wydaje mi się, że to najlepszy pomysł. -   Odwróciła się na pięcie i zaczęła iść w stronę domu. Pognał za nią. 
- Sonju... Proszę. 
   Zatrzymała się. Nie wiedziała, dlaczego podała mu imię swojej matki zamiast wymyślić jakieś inne. Może to nie był dobry pomysł. Jednak teraz było za późno, aby cokolwiek zmienić. 
- Dlaczego tak bardzo chcesz, abym tam z tobą poszła? - Czekoladowe oczy dziewczyny zetknęły się z zielonymi. Intuicja mówiła jej, aby przyjęła propozycje, jednak rozsądek uważał co innego. Nigdy nie ufała przeczuciom. Nazbyt często bywały zdradliwe. 
- Czy to nie oczywiste? - W jego głosie pojawił się cień smutku. - Zaintrygowałaś mnie. 
   Nita zamrugała kilkakrotnie. Ostatnie wypowiedziane przez chłopaka słowa zabrzmiały niczym wyjęte z taniej komedii romantycznej. Dlaczego więc słowa chłopaka wydały jej się być szczere?
 - Przepraszam... – podrapał się po skroni - to zabrzmiało głupio. Pracuję dla Roberta Lightwooda. Nic ważnego. Zwykła papierkowa praca. Kiedy dowiedziałem się o twojej historii, postanowiłem cię poznać. Brzmi jak stalking, ale na początku chciałem tylko sprawdzić, jak się masz. W zasadzie takie było moje zadanie. Nie sądziłem, że... - Zrobił przerwę. - Okazałaś się inna, niż to sobie wyobrażałem. 
- Co masz na myśli? - Nigdy nie była tak zdezorientowana i zbita z tropu. 
- Niecodzienne spotyka się dziecko Nephilim i Wilkołaka, ale ty wyglądasz... ludzko. I to nie zwyczajnie ludzko, jesteś olśniewająca. Nie byłbym w stanie wyobrazić cię sobie z futrem i ogonem.  - Chciałbym cię lepiej poznać. Pozwolisz mi na to? - zapytał. 
- Spróbuję. - Wiedziała, że kiedyś pożałuje tych słów, jednakże komplement zrobił na niej duże wrażenie. Zdecydowanie zbyt często słuchała o byciu bękartem, paskudnym odmieńcem, dzieckiem brudnej krwi. 
   Daniel był pierwszym mężczyzną, z wyjątkiem jej ojca, dzięki któremu poczuła się piękna.

♥♥♥

- Nie sądziłam, że zadzwonisz - odezwała się stojąca przed nią Nephilim. 
   Jej rudoblond włosy lśniły w świetle rzucanym przez restauracyjne żyrandole, a czarne oczy zwężone były w uśmiechu. Ubrana była dość klasycznie - mała czarna, a do tego buty na dosyć wysokim obcasie. 
- Jestem aż tak nieprzewidywalna? - zapytała Izzy kokieteryjnym tonem. 
   Gdyby jeszcze niedawno ktoś powiedział jej, że umówi się z kobietą, zaśmiałaby mu się prosto w twarz, lecz teraz wściekła na Simona, postanowiła to zrobić. Działała niemalże w pełni pod wpływem emocji, a wieczorna rozmowa z Magnusem umorzyła je tylko w nieznacznym stopniu. Po powrocie do domu zdecydowała się na jeden z najgłupszych pomysłów w całym swoim życiu i wybrała numer do dziewczyny. 
- Powiedzmy, że dopiero na trzeźwo oceniłam, że szansę na spotkanie z dziewczyną o twoim wyglądzie, w dodatku zajętą przez faceta są dosyć niskie. Jestem mile zaskoczona. - odparła.  
- Byłym facetem - sprostowała Izzy. - Powiedzmy, że to spotkanie to eksperyment. 
Uśmiechnęła się.   
   Zadzwoniła do dziewczyny pod wpływem chwili i wszystkiego, co wypiła, będąc w mieszkaniu Magnusa. Nie była to żadna forma zemsty, po prostu szukała kogoś, z kim mogłaby się rozerwać i zapomnieć o byłym chłopaku. 
- Och, no proszę, czyli jednak naprawę wściekł się o moją propozycję? - Jej ręce spoczęły na brązowej barwy menu. - Mają tu naprawdę dobre desery - powiedziała. - Osobiście polecam Panna Cottę.
 - Cóż... Prawdopodobnie nasz związek jest już nieaktualny od dawna. Tamto spotkanie było jak próba reanimacji trupa. - Nie wiedziała, co przyniesie przyszłość, aczkolwiek była pewna jednego - jej miłośc do Simona wygasła, kiedy zaczęły się te wszystkie spory i kłótnie. Była do niego jedynie przywiązana. Zbyt dużo wspomnień łączyło się z jego osobą. Mimo wszystko był dla niej ważny, oczywiście z pominięciem tego romantycznego wątku w ich znajomości. Podjęła decyzję. Jej związek z Simonem dobiegł końca, co nie znaczy, że zakończy tą znajomość. Simon pozostanie kimś ważnym w jej życiu, ale wyłącznie w roli przyjaciela.
   Lara spojrzała na nią badawczo.
- Więc jestem nagrodą pocieszenia? - Czy ktoś tak piękny mógłby być nagrodą pocieszenia? - Uśmiechnęła się i spojrzała prosto w oczy dziewczyny. Coś w jej głowie krzyczało, że oszalała, z drugiej strony jednak podobała jej się ta sytuacja. 
   Pięć sekund, wystarczająco długo, żeby wzbudzić ciekawość i pożądanie u drugiej osoby, dokładnie tyle czasu Isablle patrzyła jej w oczy, po czym spojrzała na kartę dań. Serwowali tutaj jedynie włoszczyznę, ale Isabelle nie miała nic przeciwko. Lubiła tamtejszą kuchnię.
- To Cannelloni wygląda smakowicie - stwierdziła. - Zatem Isabelle Lightwood, czy byłaś kiedykolwiek z kobietą? - Uśmiechnęła się.
 - Jak mówiłam, sami faceci i pasmo porażek - przypomniała jej Izzy.
 - Mówiłaś też, że chcesz poeksperymentować. - Wzięła łyk czerwonego wina znajdującego się w kieliszku. - Opowiedz mi coś o sobie.
Dziewczyna spojrzała na nią że zdumieniem.
- Masz na myśli coś konkretnego? - zapytała.
Starsza Nephilim zaśmiała się.
- Niekoniecznie. Chcę cię lepiej poznać. - A może to ty opowiesz mi coś o sobie, Laro Richardson? - Kąciki jej ust uniosły się ku górze.
- Nie jestem zbyt ciekawą osobą - powiedziała skromnie. - Ale niech ci będzie...
Isabelle odruchowo zaczęła bawić się kieliszkiem, gdy Lara opowiadała o sobie.              Dziewczyna urodziła się w stanie Kalifornia w niewielkim miasteczku Culver City. Była jedynaczką, a jej rodzice wywodzili się od francuskich Nocnych Łowców. Nienawidziła pomarańczowego i smaku jabłek. 
   W ten sposób wieczór Izzy minął bardzo szybko. Nim się obejrzała, wracała ciemnymi ulicami Alicante, odprowadziwszy dziewczynę pod dom, który znajdował się niedaleko willi Lightwoodów. Była naprawdę zadowolona ze spotkania, Lara była naprawdę miłą i ciekawą osobą, jednak głowę Isabelle zaprzątała jedna myśl "Dlaczego tak łatwo przychodził jej flirt z kobietą?".

♥♥♥

   Wieczór Magnusa Bane'a miał przebiegać w zupełnym, niezakłóconym spokoju, jaki wypadał Królowi Imprez Zachodniej Półkuli. Jego dzień był wręcz absurdalnie pracowity, nawet jeśli wstał po południu. Cały dzień rozmawiał z klientami na magiczne eliksiry, zaklęcia ochronne, klątwy i tysiące innych spraw z którymi mógł uporać się tylko Wysoki Czarownik Brooklynu.
   Dlatego obecnie prowadził rozmowę telefoniczną z Catherine w sprawie jego zajęcia na dzisiejszy wieczór. Już miał potwierdzić swoje przybycie do Pandemonium, gdy rozległ się dźwięk pukania do drzwi.    Chociaż odgłos, który wydawały drzwi, przypominał raczej próbę ich wyważenia.
- Oddzwonię. - Rozłączył się z podążył w kierunku wejścia do swojego mieszkania.
Któż mógł zakłócać jego spokój o tej porze?        Nie przypominał sobie, żeby kogokolwiek zapraszał na dzisiejszy wieczór, ani żeby ktoś bliski mógł złożyć niezapowiedzianą wizytę.
Otworzył drzwi z miną wyrażającą ironię i irytację, które natychmiast ustąpiły miejsca chłodnej, wyrafinowanej wściekłości. W progu mieszkania stał bowiem Robert Lightwood.
- Czyżbym opuścił spotkanie rady, że zaszczycasz mnie swą wizytą, Inkwizytorze? - zapytał ironicznie Bane,
   Nephilim lustrował go pełnym jadu wzrokiem, po czym bez zaproszenia wszedł do mieszkania czarownika. Ten skrzywił się na ten celowy brak taktu i zamknął drzwi za nieproszonym gościem. Szykowała się dłuższa wizyta.
- Na pewno nie przyszedłem tutaj wysłuchiwać twoich kpin. Otrzymałeś oficjalne zadanie, musisz udać się do Indii, aby spotkać się z tamtejszymi przedstawicielami Podziemnych oraz mieszkańcami Instytutu w Dubaju. - Inkwizytor podał Magnusowi jedną z kopert wyciągniętych z wewnętrznej kieszeni marynarki - Tutaj znajdziesz wszystkie polecenia. Musisz stawić się na miejscu jeszcze dzisiaj.
- Rozumiem, a czego dotyczy tamten list? - Czarownik wskazał na kopertę w ręku Roberta
- Ten również jest adresowany do ciebie. To od Alexandra. - Nephilim podał Podziemnemu list.
   Magnus natychmiast go otworzył i nerwowo przeczytał jego treść. Zrobił to trzy razy, po czym spojrzał na Inkwizytora.
- To niemożliwe. To kłamstwo. Próbujesz mnie oszukać. Alec nigdy nie napisałby czegoś takiego – powiedział, z przerażeniem patrząc na mężczyznę
- Pismo nie jest podrobione, tak z resztą jak i podpis. List jest autentyczny i mam nadzieję, że dobrze przyswoiłeś sobie jego treść. Mój syn w końcu zrozumiał swój błąd i mam nadzieję, że nie będziesz próbował sprowadzić go z powrotem na swoją drogę. Nie mam nic do pana, panie Bane, ale nie życzę sobie  żeby mój syn prowadził pański, powiedzmy styl życia. Czy wyrażam się jasno? - Ton Roberta nie pozostawiał cienia wątpliwości, była to zwyczajna groźba
- Jeśli sądzisz, że uda ci się mnie zastraszyć...
- Panie Bane, nie mam zamiaru pana straszyć. Chcę tylko, żeby pamiętał pan, że Alexander znajduje się pod moją opieką, podobnie jak jego przyjaciele - odparł krótko Lightwood,
- Nie ośmielisz się. To przecież twój syn - powiedział zszokowany Magnus,
- Mój syn ma duszę buntownika, a niegrzeczne dzieci należy karać - odparł przesłodzonym tonem Robert. - Nie zbliżaj się do niego. Znajdź sobie innego kochasia. Wyjedź. Cokolwiek, nie obchodzi mnie to. Ale przyrzekam, będę wiedział o każdej próbie pańskiego kontaktu z moim synem. I z każdej wyciągnę konsekwencję.
   Inkwizytor podszedł do drzwi.
 - Żegnam, panie Bane. Powodzenia w Indiach.

6 komentarzy:

  1. Nowy szablon jest uroczy. Podejrzewam, że zachowanie Simona to nie do końca jego wina, ale nic o tym nie wspominałam, bo za bardzo go uwielbiam i liczę na ciekawy wątek.
    PS Jutro pod wieczór/w piątek po po południu powinnam nadesłać rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy. Też zakochałyśmy się w tym szablonie (chociaż sprawił nam niemałe kłopoty :P). Nie zawiedziesz się, Simon nie został przez nas pominięty przy tworzeniu tej historii ani przy jej rozwijaniu. Jestem ci niezmiernie wdzięczna za betowanie <3 Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Chyba gdzieś mój komentarz umknął^^
    Ale ok, napiszę raz jeszcze, może bardziej sensownie niż wcześniej ;)

    Najbardziej, oczywiście intrygujący wątek Maleca. Jest mi żal Aleca, że musi wysłuchiwać takich wywodów ojca. No i Magnus tak samo... Biada Robertowi. Mam jednak nadzieję, że Czarownik odczyta ukrytą wiadomość Alexandra :)

    I mamy tutaj jeszcze wątek Nity. Jak z bajki u Kopciuszka :) Jest macocha i dwie wredne siostrzyczki... a czy będzie książę? xD
    Pytanie pozostawia ten tajemniczy Daniel.

    I coś jeszcze pisałam, ale już nie pamiętam co^^ Ale... ważne komentarz jest! :D

    Pozdrawiam serdecznie :*
    http://written-heart.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak umknął :( przez zmianę szablonu byłyśmy zmuszone do stworzenia nowego posta. Inaczej wszystko byłoby nieczytelne.

      Jeszcze raz bardzo dziękuję za komentarz i miłe słowa :D

      Usuń
  3. Czyżbym jednak miała rację co do Jace'a a Simona?
    Tak, to pytanie retoryczne, na które nie chce znać odpowiedzi - nienawidzę spoilerów!
    A przechodząc do rozdziału, to jak zwykle wszystko wyszło Wam genialnie ;) Wątek Isabelle i Lary to coś czego absolutnie się nie spodziewałam. Widzę, że bardzo szalejecie, ale to dobrze, ponieważ mnie osobiście przekonał ten pomysł. Poza tym faktycznie jest to dobre wyjaśnienie, dlaczego Isabelle tak stroniła od mężczyzn.
    Robert wydaje się być nieobliczalny i pytanie, które uparcie sobie cały czas zadaję brzmi: co knuje ten Nephilim?
    A najbardziej co mnie w całym tym opowiadaniu zachwyca to to jak umiejętnie wplatacie motywy z "Kopciuszka". Tak, oczywiście, że mam tu na myśli Magnusa Bane'a jako Dobrą Wróżkę! Cudowne!
    Pozdrawiam ;)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko wyjaśni się niebawem :D Dziękujemy! ^^

      Usuń


Skomentuj - to nic nie kosztuje, a może nas bardzo zmotywować do działania.

Lydia Land of Grafic, arts by taratjah